PODCAST #113 otoczenie ma znaczenie, czyli w jakich miastach i domach dobrze się żyje?

Otoczenie ma znaczenie, a przestrzenie i wnętrza, w których spędzamy czas mają ogromny wpływ na nasze samopoczucie. W obliczu ostatnich miesięcy domy i mieszkania stały się centrum naszego życia, prywatnego jak i zawodowego. Odczuliśmy to jak nigdy przedtem i dochodzimy do tego, że warto stworzyć sobie warunki, dające nam poczucie bezpieczeństwa i komfortu.

W jakich miastach dobrze się żyje? O co należy zadbać urządzają wnętrze, aby sprzyjało relaksowi? Co z kolorami, światłem i roślinami? Jak stworzyć sobie wygodny kącik do pracy? Czy istnieje work-life balance w domu? Te wszystkie pytania w arcyciekawy sposób odpowiedziała mi Joanna Jurga. 

Joanna jest projektantką produktu oraz przestrzeni, innowatorką i wykładowczynią. Na codzień specjalizuje się w projektowaniu dedykowanemu poczuciu bezpieczeństwa w przestrzeni. Dodatkowo jest pasjonatka kosmosu, analogową astronautką, praktykuje buddyzm zen i gotuje roślinnie. W dzisiejszym odcinku porozmawiamy też o przyszłości architektury, oduczeniu się kupowania tanich mebli i inwestycji w naturalne surowce. Zapraszam! 

Strona Joanny:

http://joannajurga.com/

Instagram:

https://www.instagram.com/jojurga/

Posłuchaj na YouTube:

 

Wesprzyj mój podcast – kup moje produkty elektroniczne:

 

holistyczne pozdrowienia, czyli mój ebook o zdrowym stylu życia:

http://karolinasobanska.com/holi

 

foodbook, czyli mój ebook z przepisami

http://karolinasobanska.com/foodbook

 

więcej produktów, w tym audiobook i pakiet ebooków:

sklep

Transkrypcja odcinka:

Karolina: Cześć Asiu!

Joanna: Cześć! 

Karolina: Witam Cię w moim podcaście i bardzo dziękuję, że przyjęłaś moje zaproszenie i tak sprawnie udało się nam spotkać. Mówiłam przed nagraniem, że nie wiem jak to się stało, że nie słyszałam o Tobie. Jak zaczęłam zgłębiać różne sfery życia i dziedziny, w których Ty siedzisz – mówiąc kolokwialnie, to stwierdziłam, że z tego można by spokojnie zrobić całą serię podcastów. 

Joanna: Słuchaj, wszystko przed nami! 

Karolina: Tak, ale dzisiaj zacznę od tematu, który dla mnie jest najbardziej aktualny personalnie ponieważ, jak wiesz, przeprowadziłam się niedawno i skok w jakości mojego nastroju, to jest coś nie do opisania. 

Joanna: Genialne! 

Karolina: Zawsze uważałam, że jestem estetką i lubię być w ładnych przestrzeniach, ale dopiero ta mała-wielka zmiana sprawiła, że dostrzegłam jak bardzo mogę poczuć się lepiej zmieniając to w jakich warunkach mieszkam i tutaj wchodzi wiele czynników. 

Joanna: Przestrzeń ma znaczenie.

Karolina: Tak, dokładnie. I teraz powiedz mi czemu. Czemu gdy wchodzimy gdzieś jest nam dobrze, a czemu gdy wchodzimy do innego pomieszczenia czujemy się źle? Mówi się czasami, że jest to jakaś dobra aura, dobra energia. Zakładam, że ma to jakieś swoje techniczne wytłumaczenie. 

Joanna: Powiem Ci, że super jak ludzie wiedzą, że jest to kwestia przestrzeni, bo często chodzą do biur i uważają, że z pracą jest coś nie tak. Albo chodzą do lekarzy i mówią, że są ciągle zmęczeni, mają szumy uszne, pogarsza im się wzrok, mają problemy z koncentracją, nie są w stanie robić wielu rzeczy naraz, a koledzy są i nie łączą tego z przestrzenią, w której przebywają większość czasu: w biurze albo w domu, albo gdziekolwiek muszą być zawodowo czy życiowo. Przestrzeń, niezależnie od tego, czy mówimy o przestrzeni zamkniętej czy otwartej, bo miasta też na as tak wpływają. Są miasta, które wpływają na nas fatalnie – tu polecam na przykład wyprawę do Ułan-Bator albo do Astany. To takie genialne miasta, które naprawdę powodują, że jest nam gorzej. Chociaż w Warszawa też ma takie piękne zakątki, gdzie można się poczuć gorzej, niż lepiej.  Z drugiej strony mówimy o miastach i miejscach, które są takie, że absolutnie wyjmują nas z butów, nie chcemy stamtąd wychodzić, chcemy zostać, chcemy się przeprowadzać. Dla mnie jest to na przykład Żoliborz czy Stare Bielany w Warszawie. Rodzaj architektury, rodzaj przestrzeni, relacja człowieka do tej przestrzeni ma ogromne znaczenie. Żyjemy teraz w takich czasach, gdzie mamy coraz więcej pięknych budynków, ale są piękne tylko z powłoki, bo rozczłonkowaliśmy wszystko trochę tak jak w medycynie specjalizacje, że bardzo rzadko jedna osoba odpowiada za całość koncepcji albo jest jej nadrzędnym mentorem. Kto inny robi elewację, kto inny wyposaża, kto inny robi wnętrza, każde piętro należy do kogoś innego, więc każde piętro, mieszkanie czy lokal wygląda inaczej, co powoduje dodatkową kakofonię dźwięków, zapachów i zmysłów i szalejemy.  Nasz mózg nie dość, że jest przebodźcowany ilością informacji zawodowych i życiowych, które musi przyswoić w ciągu doby, to jeszcze dochodzi to czym jesteśmy otoczeni. Niestety Polska nie jest w elicie światowej estetyki. Mimo tego, że mamy absolutnie obłędne momenty w naszym pięknym kraju, to nie radzimy sobie w przestrzeni, którą sami sobie stworzyliśmy. 

Karolina: Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy miastach, bo bardzo mnie tutaj zaciekawiłaś. Co wpływa na to, że dobrze się czujemy w jakimś mieście? Bo to też jest na pewno coś, co część z nas mniej lub bardziej obserwuje. Mi się wydawało, że ja jestem jakaś inna, bo zawsze kiedy wracam z podróży i ktoś się pyta jak mi się podobało, to wyobrażam sobie jakby to było tam mieszkać. 

Joanna: Tak, też tak mam. 

Karolina: Od razu próbuję wcielić się w rolę „lokalsa” może dlatego, że lubię się przeprowadzać, więc potencjalnie robię casting na miejsce do życia. Nigdy nie analizowałam tego, co może na to wpływać. To jest po prostu takie uczucie, które sprawia, że myślisz sobie: tu jest przyjemnie.

Joanna: Lubimy miasta, które są przejrzyste, których siatka topograficzna jest czysta. Na przykład Barcelona ma bardzo czystą siatkę topograficzną.

Karolina: Tak, to jest jedno z tych miejsc, które mi się podobało. 

Joanna: Tak. Miasta, które są spójne architektonicznie czyli np. Paryż przebudowany za czasów Haussmanna, to jest coś, co zawsze się ludziom podoba. Podobnie jak miasta o niskiej zabudowie. Oczywiście Hong-Kong, Singapur czy Tokio są fascynujące w nowej części, ale absolutnie nie są  miejscami do życia – to jest beton i szkło. Oczywiście mogą robić wrażenie zatykające w piersiach, że człowiek mógł stworzyć taką architekturę, ale nie jest to temat przytulności i poczucia się bezpiecznie. Dlatego najbardziej cenione są stare dzielnice nawet w najbardziej nowoczesnych miastach. Podobnie miasta, które mają taką siatkę ulic, po której jesteśmy w stanie się znawigować – czyli nie przytłacza nas przestrzeń. Jak staniemy w centrum Nowego Jorku to nie zobaczymy nieba, a na chodniki nigdy nie dojdzie słońce, bo wieżowce się zawężają i prawdopodobnie nie będziemy czuć się bezpiecznie. Pomimo bycia pod wrażeniem miasta, oferowanych usług i ilości bodźców nie wygra ono w rankingu miejsca do życia. Chyba, że staniemy w centrum Central Parku, to wtedy jakość trochę się zmienia. Miasta przyjazne to takie, które są: a) zielone, b) mają przejrzystą strukturę c) są wyczyszczone z reklam i wszystkich bodźców, które odbierają nam czystość widzenia elewacji struktury ulic, czyli znowu wracamy do umiejętności nawigacji w przestrzeni. Jeżeli światła i latarnie uliczne będą ciepłe nawet w miastach absolutnie północnych,  jeżeli to światło będzie dostosowane do tego z czym jesteśmy atawistycznie związani, czyli ze światłem wynikającym z ognia, to od razu nasze poczucie przytulności i goszczenia w takim mieście będzie większe. Miastami dużo bardziej przyjemnymi będą te, które mają ludzką skalę architektury, czyli stare miasta tam, gdzie wieżowce nie sięgają nieba i nie spadają nam na głowę,  w których nie jesteśmy małym trybikiem, tylko człowiekiem w mieście, a nie mrówką w mieście. Miasta, w których pojawiają się naturalne materiały, czyli miasta kamienne, drewniane, miasta gdzie jest ceramiczna dachówka, a nie blacha, gdzie są elementy drewniane, gdzie jest zieleń, to będą miasta, w których zawsze będzie nam przyjemniej. Ponadto dużą rolę odgrywają okna. Jednak zależy w jakiej strefie czasowej i geograficznej jesteśmy. Wiadomo, że w miejscach z dużym nasłonecznieniem okna będą mniejsze, żeby się w tych mieszkaniach nie ugotować. Ale na pewno miejsca, w których wszystko wychodzi z natury, jest konsekwencją naturalnych podziałów, złotego podziału i przestrzenności będą dla nas zdecydowanie przyjemniejsze. Tu Barcelona będzie na pewno wysoko. 

Karolina: A w Polsce gdzie się dobrze mieszka? 

Joanna: Gdzie się dobrze mieszka w Polsce? Na pewno dużo ludzi powie, że na Mazurach i wszędzie tam, gdzie jest przestrzeń. Oczywiście my mamy ogromne przywiązanie do ziemi. Polacy gdzieś tam w genotypie nie kochają się przeprowadzać, są raczej związani z miejscem. Rzadko wynajmujemy. Raczej staramy się kupować. Nie podążamy za pracą do innych miast. Bardzo generalizuję, ale to są rzeczy wynikające z naszych kulturowych kwestii. Mamy też takie miejsca absolutnie wyjmujące z butów i to na pewno są Mazury oraz Warmia. Ja kocham morze! Na przykład to, że Trójmiasto jest położone tak, że za plecami masz wzniesienia, a przed sobą północne morze, które jest ograniczone w gamie kolorystycznej – wycisza zmysł wzroku. Masz wiatr i bryzę praktycznie przez cały rok. To jest dla mnie absolutne perełka. Ponadto super są niektóre uliczki w Gdańsku czy Sopocie, które zachowały ten historyczny rys. Mam wielką słabość, ale to już moja własna playlista, do Kotliny Kłodzkiej, która nigdy nie była polska, to znaczy była, ale dawno temu, w X wieku. Tam dla odmiany panuje porządek prusko-niemiecki, a  resztki starej architektury, które tam znajdziemy pozostały z szacunkiem do przestrzeni. Wbrew pozorom mamy jeszcze dużo dzikiej przyrody. Mamy dużo miejsc, które oferują nam kontakt z naturą. Nie mamy uregulowanych wszystkich parków, wszystkich rzek. Wisła w Warszawie jest takim miejscem, gdzie możesz mieć realny kontakt z dziką naturą, bo nie jest wybetonowanym korytem idącym przez centrum miasta. Polska ma ogromny potencjał, ale mamy ogromny problem z ładem przestrzennym. Mamy problem z urbanistyką, mamy problem z zatwierdzaniem różnych pomysłów na to jak miasto ma wyglądać i   przede wszystkim z reklamami, które są najgorsze dla naszego zmysłu wzroku bombardowanego ze wszystkich stron billboardami. 

Karolina: A jeszcze na przykład z dużych miast w Polsce takich jak Poznań, Wrocław?

Joanna: Będą tacy, którzy będą kochać Kraków. 

Karolina: Powiem Ci szczerze, że ja się dziwnie czuję w Krakowie.  

Joanna: Kraków jest duszny, bo jest ciasny i leży w niecce, a tam naturalnie tworzy się smog, co może przeszkadzać tym, którzy są wrażliwi na jakość powietrza. Jednak architektonicznie ma niepodważalnie piękne fragmenty. Wrocław także jest miastem cudnym do życia. Leży na wyspach, otoczony jest wodą i zielenią. Bardzo lubię Wrocław, ale jestem zakochana w Szczecinie, gdzie uczyłam. Szczecin przez to, że był miastem ogrodem ma takie miejsca, w których zapominasz, że jesteś w Polsce, bo tam jest rzeczywiście pięknie. Ale to znowu jest miasto, które nie było polskie.  Jego rys architektoniczny wynika z decyzji podjętych jeszcze przed wojną, więc mamy genialną mozaikę kulturowo-architektoniczną takiej tkanki miejskiej. Podobnie Lwów. Też jest przepiękny i dla odmiany był polski. My mamy te miejsca. Gliwice są bardzo ładne o czym ludzie często nie wiedzą. Istnieją takie miejsca, do których jedziesz i gdy widzisz ich założenie urbanistyczne, to wiesz, że było przemyślane i zaprojektowane dla ludzi. Tak jak osiedla robotnicze w Warszawie z lat trzydziestych – na Kole czy na Żoliborzu. To są takie założenia czy przestrzenie, które widzisz i wiesz, że działają. 

Karolina: Jeżeli chodzi o miasta, to może bezpośrednio nie mamy na to wpływu, może nie każdy z nas mówi: O wybiorę to miasto, bo tam się lepiej ponoć lepiej żyje. Zazwyczaj to los wybiera za nas. 

Joanna: Tak. 

Karolina: Natomiast jeżeli chodzi o przestrzenie, w których mieszkamy często możemy zdecydować czy chcemy mieszkać tutaj, czy gdzieś indziej. Zauważyłam u Ciebie takie stwierdzenie, że ważne jest poczucie bezpieczeństw w danej przestrzeni. Co to znaczy w kontekście mieszkania, domu?

Joanna: Poczucie bezpieczeństwa jest czymś bardzo atawistycznym, bo kształtuje się w okresie prenatalnym. Znacznie wpływa na nie to jak żyją nasi rodzice, co słyszymy, czy mama będąc z nami w ciąży jest w stresie czy nie. Pierwszym zmysłem, który kształtuje poczucie bezpieczeństwa w momencie narodzin jest dotyk, bo za pomocą dotyku dziecko rozpoznaje na przykład mamę oraz zmysł słuchu, ale to jest jeden ze starszych zmysłów. Ważny jest też dźwięk bicia serca, ale to dotyk jest pierwszym zmysłem, za pomocą którego poznajemy świat, co powoduje, że przestrzenie zimne będą w naszym klimacie kamienne, śliskie, mokre i będą nam to poczucie bezpieczeństwa absolutnie odejmować. Ze wszystkich badań naukowych oraz tych, które ja prowadziłam wynika, że materiałem, który daje nam największe poczucie komfortu jest drewno i naturalne materiały: bawełna, len, aksamit, wełna. Jeżeli wykończymy mieszkania w takiej konwencji, to wiadomo, że większość ludzi, oczywiście wyjątki są i będą, będzie się w nich czuła dobrze. Jeżeli dołożymy do tego ciepłe światło o dużej rozpiętości, czyli będziemy mieć dużo miejsc, gdzie możemy to światło zapalić, a nie jedną centralną lampę, która powoduje tylko, że rzucamy cień wokół siebie, to będziemy się od razu czuli lepiej. Światło jest dla nas jak ogień, więc jeżeli będzie cieplejsze i mniej wypalające siatkówkę, tym lepiej. Światła kolorowe i koloroterapia ma genialne zastosowanie w leczeniu i może bardzo podnosić nastrój albo pomagać nam regulować cykl dobowy, ale fundowanie sobie wieczornej relacji ze światłem niebieskim, zimnym i białym jarzeniowym oraz światłem z ekranu telefonu i komputera bardzo często przyczynia się do naszej bezsenności i zaburzeń snu, na które cierpi ponad 10% społeczeństwa. Są rzeczy, którymi możemy bardzo łatwo robić sobie dobrze. Są rzeczy, które mogą pomóc nam z akustyką w mieszkaniu czy w biurze na przykład odpowiednie wykładziny w biurach, dywany w domach – oczywiście naturalne, to jest cholernie ważne, bo regulują wilgotność oraz akustykę i są miłe jak się po nich chodzi. Ponadto są naszym kulturowym korzeniem. W domach na tej szerokości geograficznej  te dywany były od zawsze, bo tworzyły przytulność. 

Karolina: Dywany, ale nie wykładziny?

Joanna: Nie, nie – to bardzo angielskie. Absolutnie dywany. Włącznie z dywanami kiedyś wieszanymi na ścianach, żeby trzymać ciepło i utrzymać odpowiednią wilgotność w przestrzeniach. Dywany absolutnie na tak, ale naturalne dywany, które oddychają i, które nie będą się potem rozkładać przez miliony lat będąc konsekwencją butelek PET. Tak samo jest z zasłonami. W naszej strefie klimatycznej powinniśmy mieć dwa rodzaje zasłon: letnie i zimowe – lniane, które przepuszczają powietrze i dają cień oraz welwetowe – ciężkie, aksamitnie ciężkie, które zatrzymują ciepło we wnętrzu, wygłuszają przestrzeń kiedy spadają liście i akustyka na ulicach się pogarsza, bo dźwięki odbijają się od elewacji. Ciężkie zasłony mają to do siebie, że robią za doskonały tłumik dźwięku, co bardzo pomaga w miastach, gdzie słyszymy karetki i klaksony. Tylko, że nikt tego nie uczy. Nawet wielu obecnych wnętrzarzy idąc za trendami, które wynikają z trendów światowych mówi: nie, nie, minimalizm – żadnych zasłon, żadnych dywanów, beton na podłodze i wszystko super czyste. Owszem, zgadzam się, że to jest piękne wizualnie tylko nadal musimy tam wpuścić żywego człowieka, a nie robota. Człowiek ma potrzeby: dotykowe, słuchowe, wizualne, węchowe i trzeba je jakoś zaspokoić, żeby w tych domach nie zwariował. 

Karolina: Czy coś się zmieniło w naszym podejściu do projektowania przestrzeni? Kiedyś projektowaliśmy bardziej użytkowo, a w ostatnich latach zaczęliśmy stawiać na efekt. Czy dlatego przestaliśmy czuć się dobrze w naszych przestrzeniach? 

Joanna: Wiesz co, to jest trochę tak, że wszystko pływa na przestrzeni wieków. Kiedy mówimy o starych mieszkaniach, to w świadomości mamy domy mieszczańskie, a nie chaty chłopskie, co już jest dużym przekłamaniem, bo procent ludzi, który mieszkał w tych widowiskowych mieszczańskich mieszkaniach był bardzo mały w stosunku do ludzi mieszkających w bardzo przytulnych, ale bardzo wiejskich chatach, które były drewniane i miały super właściwości akustyczno-termiczne, mimo tego, że były dość małą otwartą przestrzenią dla całej rodziny. Ponadto dużo rzeczy się zmieniło. W latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych wszystko musiało być ultra funkcjonalne, mieścić potrzeby całej rodziny na małych powierzchniach i przetrwać lata. Meble były zazwyczaj drewniane, tkaniny dobre jakościowo i pięknie wytkane w naszych rodzinnych fabrykach.  Z czasem przyszedł fast design, tak jak mamy fast fashion, czyli dużo, szybko i tanio, a za tym idzie spadek jakości. Do tego doszły media społecznościowe i to, że w osiemdziesięciu procentach używamy zmysłu wzroku i wszystko ma być wizualnie atrakcyjne. Nie ważne czy jest miłe w dotyku, ważne jak wygląda. To wynika z czasów, w których żyjemy. Moją wielką misją jest przypominać ludziom, że warto jest macać rzeczy i dobrze jak one są wtedy przyjemne. Inaczej maca się drewno, a inaczej maca się blat, który jest laminatem i tylko udaje drewno. Nie jest miły w dotyku i nikt mi nie wmówi, że jest. Jeżeli chcemy mieć zimny, betonowy blat, to super, ale niech to będzie nasza świadoma decyzja, a nie plastik. Do tego dochodzi  odpowiedzialność społeczna w stosunku do tego w jakich czasach żyjemy. Nie możemy sobie pozwolić na rzeczy, które są po dwóch, trzech, czterech latach do wywalenia, bo ziemia nie udźwignie więcej śmieci. Dziś mamy taki punkt widzenia i taki stan świadomości, w którym wydaje nam się, że możemy wszystko. Możemy wymieniać poduszki na kanapie co dwa lata, wyrzucić kanapę jak się zepsuje, jak wyleci szuflada z taniego sieciowego mebla, to cały mebel pójdzie na śmietnik. Ale nasza świadomość powinna być zupełnie gdzie indziej. Po pierwsze inaczej obcuje się z meblem drewnianym, czy całym metalowym, a zupełnie inaczej obcuje się z meblem, który udaje coś czym nie jest. Inaczej jest także, gdy dziedziczysz taki mebel, albo mebel, który ma historię, a jeszcze inaczej jak jest bezosobowym elementem mającym ułatwić Ci funkcjonowanie w kolejnym domu i jak się zepsuje, to pójdzie na śmietnik. 

Karolina: Ja wierzę w to, że społeczeństwo idzie w stronę bardziej uważnego podchodzenia do przedmiotów, którymi się otaczamy, choć uważam, że jeszcze daleka droga przed nami. 

Joanna: Zdecydowanie.

Karolina: Wracając do naszej przestrzeni, nad którą mamy władzę, co jeszcze sprawia, że czujemy się dobrze? Bo bezpiecznie oznacza dobrze, prawda? 

Joanna: Tak. Zdecydowanie. 

Karolina: Odnosząc się do zmysłów na przykład jeżeli chodzi o kolory, to wiemy już, że kolory oświetlenia powinny być ciepłe – dla lepszego snu i żeby nas wyciszać szczególnie przed końcem dnia. A co z kolorami ścian i kolorami mebli? Czy można sobie pozwolić na zabawę? Czy jednak stonowane barwy będą nam lepiej służyć? 

Joanna: Wnętrza powinny pasować do swoich właścicieli, do swoich użytkowników. Nie ma jednego, uniwersalnego rozwiązania dla wszystkich. Istniały różne systemy polityczne i różne idee na architekturę, które miały wszystkim zrobić dobrze, ale to nie działa.

Karolina: My lubimy takie rozwiązania: one size fits all. 

Joanna: Tak, ale mimo tego, że wszyscy jesteśmy zbudowani na podobnej zasadzie – mamy dwie ręce, dwie nogi i głowę, to jednak nasze potrzeby są skrajnie różne. Szczególnie w tym świecie nomadów, w świecie podróżowania. Żyjemy w świecie jednostek i każda z tych jednostek ma zupełnie inne doświadczenia, zupełnie inne potrzeby, zupełnie inny cykl dobowy, zupełnie inaczej pracuje, co powoduje, że to mieszkanie musi pasować do osoby, która w nim funkcjonuje. Jestem bardzo daleka od narzucania moim klientom, czy ludziom z którymi pracuję, że jest jedno dobre rozwiązanie dla wszystkich. Jeżeli czytasz w łóżku, to musisz mieć światło, które pozwala Ci widzieć, co czytasz, a nie tylko nastrojową lampkę robiącą półmrok. 

Karolina: Albo świeczkę.

Joanna: Świeczkę, która pozwala Ci trafić wieczorem do tego łóżka. Wiadomo, że jeżeli jedynym miejscem do pracy w domu jest stół kuchenny, to nie może być na dwie osoby, tylko musi być większy żeby można było się na nim rozłożyć z laptopem i innymi materiałami do pracy. Wiadomo, że jeżeli ludzie jedzą tylko na mieście – nie potrafią gotować, nie lubią tego robić, to nie muszą mieć wypasionej kuchni z siedmioma palnikami i wyspą. Jeżeli spotykamy się razem i mamy zaplanować jakąś przestrzeń, to ja jako projektant muszę dokładnie wiedzieć jak ktoś żyje. Miałam taką listę pod tytułem: „Sto pytań do”. Czy mają państwo książki, a może czytają państwo na Kindlu? Akurat moi klienci byli nieczytający i żeby było śmieszniej nie mieli telewizorów, więc  zawsze miałam niszę społeczną. Muszę też wiedzieć jaki uprawiają sport, o której wstają. Na przykład u mnie w domu jest tak, że ja wstaję bardzo wcześnie, co powoduje, że gdybyśmy mieli jedną garderobę i łazienkę w sypialni, to prawdopodobnie mój chłopak mógłby mnie szczerze nienawidzić za takie rozwiązanie, bo o piątej rano robiłabym mu budzik, a ja o piątej rano staram się cichutko wyjść na paluszkach, żeby dać przestrzeń osobie, która nadal potrzebuje snu. Jeżeli powiedziałabym klientom: proszę państwa otwarta łazienka w sypialni, to jest najlepsza rzecz, którą państwo mogą mieć…

Karolina: …bardzo szykowna…

Joanna: … bardzo szykowna, świetnie wygląda na zdjęciach, to już widzę minę jednej albo drugiej strony, która wstaje później, albo która kładzie się wcześniej i gdy już zasnęła słyszy szum wody, spuszczanie wody w toalecie, mycie zębów i próby ubrania się rano. Nie. Nie ma jednego dobrego rozwiązania. Wiemy, że ludzie są różni, a inność nie znaczy złość, tylko miłość w każdym aspekcie społecznym, również w mieszkaniach i w architekturze. Tak jak robimy podjazdy dla osób na wózkach i pamiętamy, że one są w społeczeństwie czy robimy ławki w parku, które mają podłokietniki, żeby osoby starsze były w stanie z nich wstać, to tak sam projektujemy domy, mieszkania czy akademiki, w których ludzie mogą się odnaleźć do swoich potrzeb. Jeżeli nie znamy oświeconych architektów i projektantów, to pytamy sami siebie jakie mamy potrzeby, w jakim rytmie dobowym żyjemy, co jest dla nas ważne, jak gotujemy, czy parzymy kawę, czy nie parzymy kawy. Pamiętam jak mieszkałam w Belgii i w mieszkaniu nie było czajnika do wody tylko ekspres do kawy. Ja nie pije kawy i nie mogłam pojąć jak można nie mieć czajnika i imbryka do herbaty.

Karolina: Kupiłaś czajnik czy gotowałaś w rondelku? 

Joanna: Przez pierwsze trzy dni gotowałam w rondlu aż mnie strzeliło i poszłam kupić czajnik i imbryk. To mój obligatoryjny set do funkcjonowania. Gdy wstaję rano, to odpalam czajnik, co powoduje, że jeżeli z kimś mieszkam, to muszę mieć bardzo cichy czajnik chyba, że byłby to gigantyczny dom z zamykaną kuchnią. Bardzo zwracamy uwagę na dźwięki w takich mieszkaniach, jeżeli nie są to domy czy mieszkania dla singli. Gdy pracujemy z bardzo młodym singlem, to pytamy jakie ma plany na przyszłość. Podczas lockdownu dużo kawalersko-panieńskich mieszkań stało się nagle miejscami dla rodzin i całe rodziny wylądowały w tym domu na dwadzieścia cztery godziny. Okazało się, że te mieszkania nie zdają egzaminu, mimo tego, że bardzo często były wykonywane z kimś, kto doradzał. Inaczej planuje się dla jednej osoby, nawet pod kątem miejsca do przechowywania, a zupełnie inaczej projektuje się dla rodziny. 

Karolina: Fajnie, że wspomniałaś o lockdownie, bo chciałam Cię o to zapytać. Miło jest  zaprojektować sobie swój dom i wierzę, że osoby, które nas słuchają może w przyszłości inaczej spojrzą na ten proces projektowania i planowania, ale w sytuacji, w której przytrafia się pandemia – mamy tę przestrzeń, którą mamy. Czy są jakieś zasady, bo chociaż lockdownu nie mamy teraz w tej chwili…

Joanna: …ale on może wrócić. 

Karolina: Tak, wszystko się może zdarzyć na dniach, tygodniach, miesiącach. Natomiast wiele osób zmieniło swój tryb pracy, wiele osób zostało w domach. Czy są jakiekolwiek zasady,  wskazówki jak się odnaleźć w swojej przestrzeni żeby nie zwariować? 

Joanna: Znaleźć sobie miejsce do pracy. Pierwszą podstawową rzeczą, żeby nie zaburzać sobie worklife balance jest wydzielone miejsce do pracy. Powinien istnieć jakiś rytuał przejścia, coś, co powoduje, że teraz jesteśmy w pracy, a gdy wieszamy pranie, to w niej nie jesteśmy. Byli ludzie, którzy podczas lockdownu zrobili sobie biura w łazienkach, bo było to jedyne miejsce, gdzie panowała cisza. Mogli się tam zamknąć i mieć wrażenie, że wyszli z domu – jakkolwiek abstrakcyjnie by to nie brzmiało. 

Karolina: Nawet jeśli nie ma tam naturalnego światła. 

Joanna: Nawet jeśli nie ma tam naturalnego światła, to woleli mieć moment kabiny wygłuszającej, niż być w rodzinnym harmidrze, który się gdzieś dział: mamo, tato padło łącze, pies szczeka,  pranie się zrobiło, prezes dzwoni i mówi, że coś jest na wczoraj. Lockdown był sytuacją ekstremalną, które mogą przytrafiać się nam coraz częściej. Domy, które dla większości ludzi były tylko sypialniami stały się przestrzeniami absolutnie wielozadaniowymi. Każdy domownik musi mieć wyznaczone miejsce, gdzie może usiąść i to jest dla niego buffer zone. Może być na środku salonu, w łazience, w spiżarni czy w kuchni. Ale to musi być takie miejsce jak święte biurko w pracy, którego nie ruszamy. Nawet jeżeli w firmie jestem bałaganiarzem, to te półtora metra kwadratowego to mój kreatywny bałagan i chcę go mieć. Niezwykle ważne jest to, żeby takie kwestie wypowiedzieć i określić zwłaszcza w przypadku osób, które mają współmieszkańców. Ponadto przestrzenie powinny spełniać wszystkie funkcje, które do tej pory spełniały miasta – na  przykład mieć w domu rośliny. Jeżeli ktoś mądry znowu wpadnie na pomysł, że chodzenie do lasu jest dla nas szkodliwe, to nadal powinniśmy mieć kontakt z zielenią, bo to jedna z naszych bardziej atawistycznych potrzeb. Bardzo potrzebujemy kontaktu z zielenią i to przepięknie wyszło w badaniach do doktoratu o poczuciu bezpieczeństwa w przestrzeni. Pierwsze z nich robiłam trzy lata temu i wtedy ludzie mówili, że najbezpieczniej czują się w swoich sypialniach, w zamknięciu, w domu i to jest ich azyl. To samo badanie powtarzałam w lockdownie i wszyscy mówili, że natura jest najważniejsza, bo nagle odebrano nam coś, co było dla nas naturalne. Rośliny są dla nas super ważne, jesteśmy za nie odpowiedzialni. Jeżeli o nie zadbamy, to rosną, oczyszczają nam powietrze. Reagują na nas, a my reagujemy na nie. Jeżeli są to zioła czy warzywa i możemy coś wyhodować i zjeść, to już w ogóle jest świetnie. Bardzo dobrze widać to w badaniach, które robię o kosmosie. Miejscem, w którym wszyscy astronauci czy analogowi astronauci chcą spędzać czas jest biolab – miejsce, gdzie są rośliny. I nagle jeżeli nawet ktoś kończył twardą inżynierkę, to chce zostać biologiem, żeby móc sobie podłubać w ziemi i popatrzeć jak coś kiełkuje. To jest dla nas  atawistyczna potrzeba wynikająca z tego, że jesteśmy z ziemi, jesteśmy ziemianami i musimy tę relację mieć. 

Karolina: Słuchaj, Mat Damon przeżył na Marsie hodując ziemniaki.

Joanna: Dokładnie tak! 

Karolina: Skoro on tak mówi, to coś rzeczywiście musi w tym być. Ale czy z roślinami jest tak zawsze? Abstrahując oczywiście od lockdownu. Czy  rośliny są ważne w naszej przestrzeni?

Joanna: Tak, absolutnie. 

Karolina: Doradzałabyś każdemu posiadanie ich w domu? 

Joanna: Tak. Chociaż na pewno znajdzie się grono ludzi, którzy powiedzą, że są w stanie zabić kaktusa. 

Karolina: Ja tak zawsze mówiłam i teraz zostałam przybraną mamą jakichś dwudziestu roślin i jestem przytłoczona.

Joanna: Na to jest bardzo dużo rozwiązań. Są aplikacje, które przypominają Ci, że masz podlać kwiaty, co rodzi fajne poczucie obowiązku. Są takie śmieszne może nie strzykawki, ale bombki, które wkłada się z wodą do doniczek i roślina się sama podlewa. Takie samonawadniacze. Raz w miesiącu czy raz na dwa tygodnie uzupełniasz wodę i rośliny same ją biorą. 

Karolina: Czego to człowiek nie wymyśli! 

Joanna: Absolutnie człowiek wymyśli wszystko, co mu ułatwi życie, co też znaczy, że nagle posiadanie roślin w domu nie wymagało magisterki z botaniki. Rośliny bardzo wkroczyły do miast i do mieszkań. Jak spojrzysz na gazety wnętrzarskie sprzed dziesięciu lat, to tam nie ma pół paprotki, bo paprotka kojarzyła się z PRL-em, z paniami w szkołach i parapetami. 

Karolina: Dziesięć lat temu nie było luksfer, chociaż nawet nie wiem czy nie są one starsze. 

Joanna: Są jeszcze starsze. To mniej więcej jest takie myślenie: absolutnie nie! A teraz na cokolwiek nie spojrzysz, to jest jedną wielką miejską dżunglą. Nie wynika to z tego, że nagle odkryliśmy coś czego nie mieliśmy. Myśmy tylko dostrzegli potrzeby. Statystycznie spędzamy coraz mniej czasu w naturze – to rośliny są jej substytutem. Teraz, gdy nas zamykają i ograniczają możliwość przemieszczania się, to tym bardziej chcemy mieć to, co nam odbierają. Hodowanie roślin to nie rocket science. Przy obecnych aplikacjach i technologiach to jest łatwe do ogarnięcia. Pamiętam, że jak pięć lat temu kupowałam pierwsze kwiatki do domu, to mój chłopak powiedział pani, żeby mi nie sprzedawała tych kwiatków, bo na pewno je uśmiercę, po czym kwiatki przeżyły ze mną kolejną przeprowadzkę i nadal żyją. W Gdańsku miałam bardzo wysokie mieszkanie i bardzo duże mieszkanie, więc jak przyjechałam z tą oranżerią do Warszawy, to nastąpiło wielkie rozdawnictwo, bo nie wszystkie rośliny zmieściły się do domu, do którego się wprowadzałam i nadal sobie świetnie radzą. Świetne jest to, że podczas polskiej zimy, kiedy jest szaro, bo już nawet nie jest biało możesz mieć kontakt z żywą rośliną. Wtedy też kwitną rośliny tropikalne, bo nagle w chacie jest ciepło. To ma to sens. 

Karolina: A jak wygląda kwestia okien i światła naturalnego? Bo ja mam obsesję na punkcie bycia przy oknie, na punkcie jasnych przestrzeni.

Joanna: Bardzo zdrowo! 

Karolina: Czy to też wpływa na nasze samopoczucie? Zadam dodatkowe pytanie: projektując dom czy kupując mieszkanie, decydując się na coś, zobowiązując się do czegoś trzeba wziąć pod uwagę tyle różnych czynników i myślę sobie: z której strony chcę mieć okna? Na jaką stronę świata, w którym pokoju? Gdzie warto mieć słońce rano, a gdzie warto mieć słońce po południu? 

Joanna: To są bardzo ciekawe pytania. Ja natomiast uświadomiłam sobie, że jeszcze nie opowiedziałam Ci o kolorach, ale najpierw porozmawiajmy o kierunkach świata. Istnieje przekonanie w Polsce, że najlepsze mieszkania są południowe. Niestety nikt nie zauważył, że w Polsce jest co raz cieplej, są co raz dłuższe lata i co raz bardziej upalne. Statystycznie wielkość okien do powierzchni ścian jest co raz większa, co powoduje, że mieszkania południowe od maja do września są sauną i nagle pojawia się problem czym to zadaszyć. Na tych nowoczesnych osiedlach, które na ogół są dość spójne pojawiają się cuda wianki: markizy czy rolety. Ludzie próbują chronić się przed światłem, bo jest jednak za mocne do codziennego funkcjonowania. Do tego dochodzi jeszcze to czy jesteśmy nocnymi markami czy jesteśmy rannymi ptaszkami. Są ludzie, którzy będą chcieli mieć sypialnię od wschodu, bo będą chcieli żeby budziło ich światło, a będą tacy, co kochają spać do jedenastej i dla nich sypialnia od wschodu, to będzie krzyżyk na drogę. I ponownie wszystko jest o człowieku. Piękne jest to, że budujemy domu na cztery strony świata, bo każdemu dajemy możliwość wyboru. Bardzo lubię mieszkania północne, bo w nich zimą pięknie rozkłada się światło. Nie jestem też fanem wypalającego światła w mieszkaniach, więc  wolę je dostać tak po skosie, trochę rykoszetem. Jestem także fanem mieszkań, z których widać zieleń, więc na ogół to są ciemne mieszkania. Jeżeli mieszkanie jest utopione w koronach drzew, to jakby na to nie patrzeć  będzie ciemne nawet przy wielkich oknach, a jasne zimą kiedy opadną liście, co też ma swoje zalety. 

Karolina: Co jest cenne. 

Joanna: Co jest bardzo cenne, bo latem liście Cię chronią, zbierają hałas i kurz, a zimą dostajesz światło, które przechodzi przez puste, gołe korony drzew. Znowu pojawia się wcześniejsze pytanie: Jaki masz tryb życia i jakie masz potrzeby? Są ludzie, dla których sezon jesienny jest nieprawdopodobnie depresyjny i będą musieli mieć duże okna i prawdopodobnie słoneczka, czyli te wszystkie lampy, które udają światło słoneczne, żeby w ogóle rano wstać i funkcjonować i to jest bardzo fajne rozwiązanie. Uwielbiam gigantyczne okna, ale kamieniczne, a wiele kamienic ma nieprawdopodobnie ciemne mieszkania, bo budowano je w zupełnie innym stylu. Ja sobie to wynagradzam tym, co mam za oknem, czyli innymi pięknymi elewacjami, zielenią, tym w jakiej mieszkam okolicy. Będą tacy, którzy będą wybierać tylko przysłowiowe rooftopy, bo uwielbiają widok i perspektywę. Mogą mieszkać dalej, ale chcą być wystawieni na słońce i wakacje najchętniej spędzają w krajach południowych. Będą również tacy jak ja, którzy kochają miasta, kochają architekturę, ale nie przeszkadza im idea wakacji na biegunie. Chodzi tu o indywidualne preferencje. Piękne jest to, że mamy prawo wyboru. Ktoś wybierze nową architekturę, która da mu okna od ziemi do podłogi z widokiem przestrzeni, a ktoś inny wybierze ciasne uliczki, ale z widokiem na piękne ornamenty. Pojawia się pytanie nie o to, co kupiła sąsiadka, koleżanka, kolega, szef, a o to czego ja oczekuję od życia. Zawsze zachęcam ludzi, żeby nie patrzyli na nieruchomości jako rzecz na całe życie, jeżeli kupują je przede wszystkim dla siebie. Mamy różne etapy w życiu. Mamy etapy kiedy jesteśmy singlami i chcemy żyć w mieście i jeździmy na rowerze oraz mamy etapy, kiedy wybieramy tworzenie rodziny i wtedy musimy mieć windę, a nie czwarte piętro na klimatycznym strychu gdzieś w centrum – no bo zabawki, zakupy, wózek i cała reszta – i to też jest okej. Mamy też etap, kiedy chcemy mieć dom pod miastem. Musimy dać sobie taką lekkość, że nawet w przypadku mieszkań ze stuletnim kredytem można tym kredytem obrócić i znaleźć w innej czasoprzestrzeni. Powinniśmy sprawdzać się w przestrzeniach. Mieszkanie i dom są dla nas cały czas dobrem luksusowym i strasznie boimy się straty w tym temacie. Bardzo często słyszę: Ja sobie nie mogę na to pozwolić. A tak naprawdę możemy sobie na to pozwolić.

Karolina: Ale masz na myśli finansowo? 

Joanna: Tak, finansowo. Kredyt można przerzucić z nieruchomości na nieruchomość. 

Karolina: Sorry, że wejdę Ci w słowo, ale to jest bardzo popularne na zachodzie. 

Joanna: Tak! 

Karolina: I my też do tego dojdziemy, że po prostu zadłużamy się gdzie indziej. 

Joanna: Bo zmieniają się nasze potrzeby, albo dostaliśmy pracę, albo wynajmujemy mieszkanie, które mamy zadłużone, ale jest nasze i wynajmujemy sobie coś, na co w danym momencie mamy ochotę i to pozwolenie sobie na zabawę przestrzenią też nam daje większą świadomość tego co nam się podoba. To, że tydzień na wakacjach pomieszkamy w czymś innym nie jest realnym odczuciem. Jak czasami przychodzą do mnie klienci i mówią, że chcą się przenieść do zupełnie innej architektury mówię: wynajmijcie sobie mieszkanie na miesiąc na airbnb, zobaczcie czy ta dzielnica, taka architektura jest czymś, co w dłuższej perspektywie niż trzy dni w hotelu, czy tam w Paryżu na Mont Parnasie da Wam realnie codziennie to samo odczucie. Powinniśmy dać sobie przyzwolenie na próbowanie, ale też na popełnianie błędów, bo kto ich nie popełnia. Mamy w Polsce taki straszny nacisk, że błąd jest porażką i w ogóle nie, nie wolno. A ja uważam, że wolno i ważne żebyśmy wyciągali z tego lekcje. Nawiążę także do kolorów.

Karolina: Dawaj! 

Joanna: To jest w ogóle bardzo trudny temat w Polsce i ja jak słyszę, że ciepłe kolory i ciepłe wnętrza, to są te żółto-brązowe, to telepie mną gdzieś bardzo głęboko w środku.

Karolina: My w ogóle my lubimy kolory we wnętrzach, prawda? 

Joanna:Z jednej strony całe  starsze pokolenie po pieriestrojce ma poczucie, że musi być kolorowo, bo było szaro. To jest ta grupa, która uważa, że ciepły to jest tylko żółto-brązowo-pomarańczowy i jeszcze walną do tego niebieską żarówkę dającą zimne światło. Wtedy naprawdę robi się bardzo trudne zestawienie. Mamy taki słynny kolor meblowy i jak nie umiemy opisać jakie to jest drewno,  to na ogół będzie to drzewo bukowe – pomarańczowe, więc my mamy dużo naleciałości wnętrzarskich. Zaczęliśmy też dużo podróżować. Wracamy z takich Indii, z takiej Kenii, z takiego Maroka, gdzie światło pada pod kątem prostym i bardzo dobrze znosi bardzo duże kontrasty kolorystyczne, bo je cudownie wypala. Wracamy do naszej ciemnej Polski, która leży dość mocno na północ, światło jest pod dość dużym kątem przez większość roku i nagle okazuje się, że te czerwienie, fiolety, ultramaryny nie działają, bo są trupie w tym niebieskim ciemnym, jesienno-zimowym świetle, które mamy. W rezultacie mieszkania, które miały być ostoją lata i Maroka robią się ciężkie, ciemne, przytłaczające i nie jest jak w Marakeszu. Zawsze zachęcam do tego, żeby przywozić elementy, żeby opowiadać historie. Z jakiegoś powodu styl skandynawski w Polsce bardzo dobrze się sprawdza, czyli zgaszone barwy, czyli rzeczy na kontraście, ale na kontraście biało-czarne, albo jasne-ciemne, dużo naturalnych kolorów, kolory ziemi, ugry, cegły, ale wszystko co jest wybrudzone – tak jakbyś wszystko przykurzyła. 

Karolina: Ale cegły, a nie tapety-cegły. 

Joanna: I do tego zmierzam. Naturalne materiały, czyli drewno jest drewnem, a nie linoleum czy winylem udającym drewno. Cegła, jeżeli mieszkamy w budynku ceglanym i możemy odsłonić cegłę, to oczywiście ją odsłońmy, ale nie naklejajmy gipsu udającego cegłę na ścianę, bo to jest oszustwo i zawsze się zemści. Nie było cegły w wielkiej płycie i nigdy jej tam nie będzie. Cegła na małej ścianie, no bo mieszkania w wielkiej płycie,będzie zawsze wyglądać kuriozalnie. Ludzie potem mają poczucie, że coś im nie pasuje, że coś nie weszło. Cegła ma swoją skalę, na stropie, który ma 2,30-2.45m. Za to w wielkiej płycie można zupełnie odsłonić betonową ścianę i zrobić ją w stylu wabi-sabi – taką nie do końca wyszlifowaną i to potrafi super grać. Nie należy bać się naturalnych rzeczy, które mamy w danej przestrzeni, zawsze łączyć to z drewnem, ale drewnem z naszej strefy klimatycznej, czyli dąb, brzoza, a nie na przykład palisander i heban. 

Karolina: Albo bambus. 

Joanna: No tak, bambus. Czasy hebanu i wengi są takim strasznym okresem w polskiej architekturze. Wtedy wprowadzaliśmy to ciemne, afrykańskie drewno, które u nas nie występowało  i nie działało ze światłem, które mamy. 

Karolina: Przytłacza, nie? Jest ciężkie. 

Joanna: Czerwone ściany z hebanową podłogą w ostrym afrykańskim świetle będą działać zupełnie inaczej niż polską zimą – to nie wyjdzie, to się nie uda. Jeżeli kochamy jakieś klimaty, jeżeli mamy jakieś połączenia ze wspomnianą już Kenią, Indiami czy Brazylią to super. Tylko wynieśmy stamtąd elementy, które będą nam o tym przypominać i szanujmy miejsce, w którym żyjemy, bo to nam zawsze dobrze zrobi. 

Karolina: A skąd na przykład takie pomysły jak malowanie jednej ściany w wystrzałowym kolorze, albo jedna ściana w tapecie. Czy to jest okej, czy to jest jakiś wymysł, czy nam to przejdzie? 

Joanna: Nie, nie przechodzi. 

Karolina: To jest strasznie powszechne, ale gdziekolwiek byłam za granicą tego tam nie ma. 

Joanna: Na przykład urządzając mieszkanie, dom czy biuro super jest wybierać jakiś motyw przewodni. Czyli mamy jakiś kolor na wizytówkach i wprowadzamy go do biura, mamy jakiś kolor dominujący we wnętrzu i on sobie po tym wnętrzu łazi, a to na czajniku, a to na obrusie, a to na dywanie – to jest ekstra. Niestety jest tak, że czasami za bardzo chcemy. W takich momentach właśnie wychodzi, że całe mieszkanie jest białe i to jeszcze na wysoki połysk, a do tego jest czerwona ściana. Ja się zawsze śmieję, że to są bardzo patriotyczne wnętrza.

Karolina: Bardzo! Ale tak jak Ci mówiłam, czerwona ściana, to jest jakaś moja zmora, to jest coś czego się boję.

Joanna: Ona właśnie nie jest nawet czerwono-ceglana, przybrudzona, tylko jest to najbardziej karminowy jaki może być i ludzie mają takie wrażenie, że ich to pobudzi i doda energetyki, a tak nie jest. Jest bardzo mało opracowań, co nam realnie dają kolory, takich poważnych badań naukowych, bo bardzo dużo rzeczy mamy zasłyszanych, bardzo dużo rzeczy wiemy intuicyjnie. Nie ma dobrej książki poświęconej psychologicznej mocy barw, w opracowaniu z architekturą, więc dużo rzeczy robimy intuicyjnie i mamy nadzieję, że ta jedna czerwona ściana załatwi nam problemy na przykład ze wstawaniem. No nie załatwi. To może załatwić unormowanie cyklu dobowego albo szybsze posprzątanie sypialni. Jak ludzie pomieszkają z taką ścianą rok i potem ją przemalują, to czują ulgę. Czasami powinniśmy pozwolić ludziom tego doświadczyć. Mam takie spostrzeżenie, że czym bardziej chcę coś wytłumaczyć, tym bardziej ludzie czują się w opresji, tym bardziej chcą zrobić różne rzeczy. Zatem czasami trzeba pozwolić ludziom znowu popełniać błędy, a potem o tym gadać. A z tapetami jest tak jak z dywanami na ścianach. Tapety mają piękne uzasadnienia w różnych wnętrzach. Tapety materiałowe, czy tapety fizelinowe potrafią robić robotę. Ja może nie jestem fanką Marty Stewart i te brytyjskie wnętrza w kwiatki potrafią mnie trochę przygiąć, przydusić, ale też rozumiem, że ta tapeta miała utrzymać ciepło i dać poczucie przytulności. Sama stosuję je bardzo rzadko, ale znam wiele obłędnych wnętrz, gdzie one działają, ale znowu muszą być bardzo stonowane. Czasy też się bardzo zmieniły. Sto lat temu ludzie dostawali tyle bodźców wzrokowych ile teraz dostają w ciągu doby. Powoduje to, że tapety w kwiaty, we wzory czy bardzo ciężkie meble były pewnym rodzajem stymulanta. A teraz mamy tyle rzeczy, że domy powinny nas wyciszać, powinny być w stonowanych barwach, powinny być takie jak kocyk. 

Karolina: Trochę nudne. 

Joanna: Trochę nudne. Naprawdę tęsknię za nudnymi mieszkaniami, bo mam wrażenie, że często silimy się na efektowność, która finalnie nie robi nam dobrze. Naprawdę byłabym wdzięczna gdyby ludzie te pieniądze, które wydają właśnie na jedną ścianę w kolorze czy na jakieś ekstrawaganckie tapety wydali na porządną drewnianą podłogę, po której można chodzić boso. Byłoby naprawdę super. Jesteśmy społeczeństwem, które trochę się bogaci, ale ja nie mam poczucia, że stać nas na tanie rzeczy. Ja myślę, że psychicznie nas na nie nie stać, a my namiętnie kupujemy dużo i tanio. O wiele robiłoby nam we wnętrzach mniej, ale mniej takich rzeczy, z którymi naprawdę obcowanie jest radością. Szukanie elementów do domu na allegro, olxie i na tak zwanym demobilu jest co raz popularniejsze i bardzo mnie to cieszy, bo na ogół te rzeczy, które przetrwały trzydzieści pięć lat, pięćdziesiąt, sto lat wytrzymają kolejną stówkę. Przy okazji taka radość z obcowania z tym meblem, z jego historią jest budująca i pokazuje, że tworzymy rzeczy, które nawet w trudnych czasach przetrwały, więc nam nawet w trudnym momencie pomogą przetrwać. I przede wszystkim są zrobione z prawdziwych materiałów. Tam nie było substytutów. Nawet jeżeli był to czas wyrobów czekoladopodobnych, to krzesła były drewniane. To jest takie spoglądanie na przedmioty z takim przekonaniem: czy ja cię potrzebuję i czy jesteś najlepszym przedmiotem w swoim rodzaju. Jeżeli potrzebuje kubka, a na przykład lubię pić gigantyczne herbaty rano i grzeję o nie ręce, to czy dobrze leży w moich rękach, czy jest z przyjemnej ceramiki, czy nie widać na nich zacieków, bo piję smakową herbatę i potem nie ładnie to wygląda, czyli takie …

Karolina: … małe rzeczy. 

Joanna: Ale też poświęcenie uważności na to, że potrzebuję kubek, więc kupię sobie kubek, który idealnie leży w moich dłoniach, a nie koniecznie kubek, który dostał nagrodę za najbardziej ekstrawagancki kubek sezonu. Oczywiście taki kubek też może być super. 

Karolina: Pewnie super wygląda na półce. 

Joanna: Fajnie jak zobaczysz w jakich kubkach ludzie piją kawę i herbatę. Na ogól potrafią to być kubki z jakiejś sieciówki albo jakiś taki najbardziej obity kubek z przysłowiowym zdjęciem podstawówki, bo nagle się okazuje, że najlepiej leży w ręku i jest najlepiej wyważony. Więc tak powinno być ze wszystkim. Na przykład przywiązujemy dość dużą wagę do samochodów. Konfigurujemy, wybieramy, jeździmy, bierzemy na weekend, macamy, takie światła, nie takie świata. Mamy takie poczucie, że musi być to samochód na lata, a w dobieraniu lamp do chaty nie mamy już tej uważności. W samochodzie wiemy, że mamy ksenony, a jak pytam pana/ panią jakie żarówki ma w domu, to mówi: yyy… świecą. 

Karolina: Jasne. 

Joanna: Jasne. Więc może nie warto tego robić pomiędzy czymś piątym, a sto pięćdziesiątym, bo potrzebuję coś tam. Powinniśmy się skupić. Róbmy jedną rzecz naraz i po pierwsze zastanówmy się czy jej rzeczywiście potrzebujemy w świecie nadprodukcji czy możemy ją kupić z innych źródeł niż nowe lub ktoś ma ją do oddania. Moja przyjaciółka ostatnio stwierdziła, że przerzuci się na Kindla, bo bardzo dużo podróżuje. Napisała na fejsie pytanie czy ma ktoś do odsprzedania Kindla – no bo nie ma sensu kupować nowego. No więc dostała trzy Kindle – w sensie każdy chciał jej oddać swojego Kindla. Mam taką obserwację, że jeżeli chcę się czegoś pozbyć z domu, to wrzucam na przysłowiowego fejsbuka: Słuchajcie, mam komodę, oddam w dobre ręce. Komoda zazwyczaj w ciągu dwóch dni znajduje nowy dom. Przez ostatni miesiąc nie miałam samochodu i był taki moment, że bardzo go potrzebowałam. Sprawdziłam najpierw wypożyczalnie, bo chciałam być samozaradna, ale wypożyczalnie kosztują jakieś chore pieniądze za miesiąc. Napisałam zatem na fejsbuku: Słuchajcie! Może ma ktoś samochód, którego nie używa? Miałam pięć propozycji samochodów i co tydzień mogłabym jeździć innym. 

Karolina: Proszę, car sharing. 

Joanna: Car sharing na maksa. Więc ja jestem za tym, że w tym świecie, w którym wszystkiego jest za dużo i jest słabej jakości, to znaczy to nowe jest na ogół słabej jakości, spróbować poszukać czegoś dobrej jakości z drugiej ręki i dać tym przedmiotom nowe życie. Skończyły się już czasy chodzenia po śmietnikach w Warszawie. Pierwsze mieszkanie urządziłam praktycznie ze śmietnika i to były genialne rzeczy. Potem się okazało, że część z nich była klasykami designu. Te czasy już se ne vrati, bo mamy już większą świadomość klasyków designu. Powinniśmy szukać alternatyw i pytać: czy jest mi dobrze, czy rzeczywiście ta czerwona ściana, ta tapeta w panterkę czy ten nowy dywan, który jest super, ale jest plastikiem z plastiku, z ropy się sprawdzają?

Karolina: Albo piękny kocyk. Sztuczny, elektryzujący, pod którym się pocę.

Joanna: Dokładnie tak! Najważniejsza jest potrzeba, czy naprawdę tego potrzebuję. Jeżeli tak, to jaka jest moja potrzeba w stosunku do tego przedmiotu, ale w takim kontekście nie kto ma zdjęcie na instagramie w tym kocyku, tylko czy to jest kocyk dla mnie. Innego kocyka potrzebujemy my – czyli osoby drobne, niezbyt wysokie, a zupełnie innego koca potrzebuje dwumetrowy facet, który wraca po treningu czy jak ma katarek. 

Karolina: Albo innego łóżka. 

Joanna: Tak. Łóżko to jest w ogóle genialne zagadnienie, bo jeżeli łóżko jest dla dwóch osób i jedna jest mała i drobna, a druga duża i ciężka, to powinny mieć dwa materace.

Karolina: Co Ty gadasz? 

Joanna: Albo materace dwustrefowe. Inne potrzeby ma ta lekka osóbka, która  będzie miała poczucie, że śpi na desce jeżeli materac będzie dobrany do tego dużego ogra, a w drugą stronę – ten duży ogr utopi się nam w tym materacu dla małej osóbki. Aby obu stronom zrobić dobrze są materace dwustrefowe albo łóżka gdzie kładzie się dwa materace i nie ma tego wpadania w słynną szparę. Podobnie z poduszkami. Inne są poduszki do spania na boku, inne są poduszki do spania na plecach, a ludzie, którzy na ogół śpią na brzuchu śpią bez poduszki, więc znowu powinniśmy zwrócić uwagę na to jak śpimy. Zauważmy także, że w wakacje używamy pościeli lnianych i bawełnianych, a zimą kochamy flanelę, bo nas grzeje. Nie jest to nic odkrywczego. To mądrość naszych babć. Były pościele lniane na wakacje i pościele flanelowe na zimę i nie było w tym nic zaskakującego. To, że okna były drewniane i nieszczelne wynikało nie tylko z technologii, ale też  z tego, że dzięki temu domy się wentylowały. A teraz mamy takie super szczelne przegrzane domy i nigdy nie było w domach tak ciepło, jak jest obecnie 

Karolina: No i zasyfione mówiąc brzydko.

Joanna: Tak, to powoduje, że mamy różne katary i problemy z oddychaniem. To, że nasze babcie kładły na kaloryferach mokre ręczniki albo ceramiczne naczynia na wodę było genialnym pomysłem. W zimie, kiedy przy centralnym ogrzewaniu maksymalnie spada wilgotność powietrza i wysusza wszystkie śluzówki, to rozwiązywało problem z brakiem nawilżaczy powietrza i powodowało, że ta wilgotność pozwalała nam spokojnie spać, a jeszcze jak babcie wkropiły do tego trochę olejku eukaliptusowego, to mijały wszystkie katary i nie trzeba było wykupować połowy apteki. 

Karolina: Tak. Ani nie potrzebujemy oczyszczacza powietrza za dwa tysiące, ani dyfuzora za kilkaset złotych. Mądrości ludowe zawsze sprawdzają się najlepiej. 

Joanna: Tak naprawdę potrzebujemy tylko amola i ręcznika.Więc to są takie bardzo proste rozwiązania. Podobnie jest z myciem naczyń. Oczywiście zmywarka jest bardziej ekologiczna, niż ręczne mycie naczyń. Ale przypomnijmy sobie jak myły nasze babcie. Miały duże dwukomorowe zlewy, gdzie w jednym zlewie była brudna woda, a w drugim się płukało i można było umyć zastawę po dużej rodzinie, w której nie było jednego dziecka, tylko czworo czy pięcioro. Nagle okazuje się, że była w tym mądrość i logika. Wynika ona z tego, że aby umyć naczynia w ciepłej wodzie trzeba było ją zagrzać i jakoś zatrzymać, ale realnie tej wody zużywało się dużo mniej. To, że ludzie żyli w chłodniejszych domach powodowało, że byli bardziej odporni i lepiej spali, bo w śnie potrzebujemy dużo niższej temperatury. To, że mieliśmy otwarte okna będąc dziećmi nawet zimą albo babcie polewały nas zimną wodą po kąpieli – to nie było znęcanie się nad dziećmi, tylko było ludowym budowaniem odporności. Problemem był brak antybiotyków, więc jak nie miałeś odporności, to pojawiał się problem. Trochę przypominam tutaj o takiej wiedzy u podstaw, którą kiedyś mieliśmy społecznie, ale którą trochę zabiliśmy technologiami. Nie zależnie od tego, czy jest to malusieńki pokój czy malusieńkie mieszkanko, to powinno być dostosowane do Twoich potrzeb.

Jak widzę dwoje wysokich ludzi, którzy budują sobie dom, to logicznym jest, że blat kuchenny, który normalnie jest na dziewięćdziesięciu centymetrach u nich nie przejdzie, bo obydwoje będą zgarbieni. Jeszcze jeżeli są osobami gotującymi, to i jej i jemu wysiądą plecy. Jeżeli osoba jest na wózku, to musi mieć inaczej skonstruowane mieszkanie, w tym blat kuchenny, żeby mogła być samowystarczalna. W tym całym szumnym słowie design i architektura powinniśmy widzieć człowieka, który potem ma realnie z tego korzystać, a nie tylko obrazki, nagrody i wiesz… fame. 

Karolina: Bardzo podoba mi się, że architektura też może powoli wkracza właśnie w taki tryb slow. Mam wrażenie, że za bardzo inspirowaliśmy się Stanami, gdzie w trzy tygodnie powstaje dom od zera bez fundamentów – oczywiście generalizując totalnie. My chcemy tak samo. Wybieramy z katalogu i chcemy, żeby otworzył się nam taki domek z papieru. Natomiast może właśnie zaczniemy też podchodzić do tego, że jest okej budować dom przez kilka lat, prawda? Albo remontować wnętrze długo, próbować i właśnie popełniać błędy, bo czasami nie wiemy czego chcemy. Ja zawsze mówię, że ja nie za bardzo wiem czego chcę, ale wiem czego nie chcę. 

Joanna: I to już jest bardzo dużo. 

Karolina: I to już jest super wskazówka, bo jak nie to, to idę dalej i próbuję, prawda? I myślę, że tak jak powiedziałaś – to jest kwestia mega indywidualna, więc nie ma co rzucać tutaj jakichś zasad projektowania, choć trochę mnie kusiło żeby Cię zapytać, czy są jakieś zasady jak ustawić kanapę albo jak ustawić lustro, czego nie robić? Zakładam, że coś tam musi być, jakaś mądrość. 

Joanna: Ta nauka nazywa się ergonomią. I właśnie średni roboczy blat kuchenny to dziewięćdziesiąt centymetrów, a średni stół to siedemdziesiąt pięć centymetrów, bo istnieje jakaś normatyzacja człowieka. Takie są właśnie blaty w knajpach czy w kuchniach przemysłowych, ale wrócę do tego, że dom powinien być dopasowany do człowieka. Są takie rzeczy, że jak planujemy szafę, to drążek na koszule jest taki, a na suknie taki. Teraz co prawda kobiety rzadziej mają suknie…

Karolina: a szkoda…

Joanna: Szkoda. Ale tak, są takie parametry i to jest genialne, bo nam projektantom ułatwia to przede wszystkim uczenie o projektowaniu. Od czegoś trzeba wyjść, czyli od tego fantomu i takiego przykładowego człowieka. Le Corbusier nazwał go modulorem, od takiego podstawowego zwymiarowanego człowieka: na jakiej wysokości człowiek jest w stanie coś sięgnąć, na jakiej może zajrzeć i tak dalej. To jest genialne i musimy poznawać oraz uczyć tych zasad, żeby nowi projektanci, architekci mogli działać w zawodzie, ale potem trzeba ich uczyć, że człowiek, człowiek, człowiek, człowiek, człowiek i użytkownik, użytkownik, użytkownik, użytkownik, żeby dawali ludziom przestrzenie i obiekty, z którymi jest im wygodnie. Taką straszną zmorą naszych czasów, o której się teraz głośno mówi jest to, że większość projektów, które mamy na świecie jest dla białych, hetero-normatywnych mężczyzn w średnim wieku, co powoduje, że telefony i inne rzeczy są za duże do kobiecych dłoni, pewne krzesła są niewygodne dla różnych grup etnicznych, bo na przykład genetycznie mają krótsze nogi i tak dalej. Wszystko było tak projektowane, bo  modulor był oparty na białym mężczyźnie w średnim wieku. Dzięki temu, że ktoś zauważył, że samochodem nie jeżdżą tylko mężczyźni, to już można ustawić wysokość pasów bezpieczeństwa i  kierownicę, bo nie wszyscy mają metr osiemdziesiąt. W sklepach takich jak IKEA można wybrać wysokość nóżek szafek kuchennych, bo są przecież ludzie wyżsi i niżsi. Powoli zaczynamy dostrzegać tego człowieka i już co raz rzadziej jest to ten przykładowy mężczyzna z okładki Health Magazine. Niestety nadal łapię się na tym, że widząc pewne rzeczy mówię: w tym zespole projektowym kobiety na pewno nie było. Ale idzie nam co raz lepiej. Uważam, że świetna jest idea human centered design i to, że mówimy o człowieku, a nie tylko o systemach.

Karolina:  Na koniec zapytam Cię jeszcze o biura, bo to też jest fajny temat. 

Joanna: Tak, bardzo! 

Karolina: Oczywiście nie mamy zbyt dużego wpływu na to jak wygląda biuro, w którym pracujemy. Ja co prawda w biurze nigdy nie pracowałam, ale miałam przyjemność pobyć sobie w biurze w Zurychu jeszcze na początku tego roku. Przychodziłam po prostu do mojej przyjaciółki popracować sobie i to było super biuro. Wchodzisz i jest wow! Fajne meble, przestrzeń, tu jakaś zieleń, tu jakiś przeszklony sufit. Generalnie pomyślałam sobie, ale fajnie być w takim biurze. Po kilku dniach miałam tak dramatyczny, tak intensywny spadek nastroju, że dopiero po powrocie do Polski, kiedy byłam w swojej przestrzeni zrozumiałam, że czułam się tragicznie w tym pomieszczeniu. Co jest ważne w biurze? Czy te niby nowoczesne fajne, przeszklone open spejsy nie zdają egzaminu? 

Joanna: Ja jestem zdania, że open space jest zbrodnią na ludzkości. On jest absolutnie ekonomicznie sukcesem, tylko… to jest świetnie pokazane w niektórych filmach na przykład jak biura maklerskie są w open space jeszcze za czasów telefonów na kablu.

Karolina: Tak i te właśnie….jak to się nazywa? Cubicles? 

Joanna: To takie boksy, gdzie każdy drze się do telefonu. Wchodzisz tam i mózg Ci wybucha, bo wszystkie powierzchnie są gładkie, może wykładzina je zmiękcza, ale też nie bardzo, nie ma żadnych paneli akustycznych i po prostu po ośmiu godzinach w takiej pracy masz ochotę strzelić sobie w tył głowy, albo skoczyć z mostu, albo z okna… no nie, z okna nie skoczysz w nowoczesnym biurowcu, więc zostaje Ci most albo strzał w tył głowy. Ja jestem przeciwnikiem open spejsów, chyba, że są holistycznie zaprojektowane przy współpracy z akustykiem, z użyciem paneli akustycznych. Zgadzam się z tym, że oczywiście w open spejsie upchniemy więcej ludzi, więc excel wychodzi lepiej, ale tam ma pracować człowiek. Bardzo dobrze pokazują to biura, które zaczęły się angażować w potrzeby pracownika, że jak zaczęto budować budki ciszy na terenach open spejsów, to one są teraz najbardziej okupowane, bo ludzie są w stanie się tam skupić i jak muszą pomyśleć, to idą tam. I znowu chodzi o to, że najważniejsze są potrzeby człowieka. Bardzo często bardziej wydajniejsze są biura, gdzie są małe pokoiki, ludzie siedzą po dwie, trzy osoby i są podzieleni zadaniami. Jak sadzamy informatyków i informatyczki, to oni nie wiszą na telefonach, więc mogą być razem, bo będą co najwyżej stukać w klawisze i na ogół każdy siedzi w swoich słuchawkach, bo są mniej aktywni społecznie podczas pracy. A jak idziemy do działu marketnigu czy sprzedaży, to ich trzeba rozdzielać panelami, bo inaczej się zagłuszą – ale to znowu o człowieku. Absolutnie jest tak, że biura mogą być dobre i open spejs można zaprojektować user friendly, ale trzeba do tego włożyć bardzo dużo pracy. Większość nowoczesnych biurowców jest nieprawdopodobnie zimna, więc ludzie bardzo często podnoszą ogrzewanie. Zwiększają temperaturę wnętrza nawet do dwudziestu czterech, dwudziestu pięciu stopni, bo ich odczucie zimna wynika z ich psychiki, a nie z fizyki. 

Karolina: Właśnie to biuro było przegrzane i to jest to. 

Joanna: I w nich jest wtedy bardzo sucho, w nich się bardzo ciężko oddycha, bardzo szybko wysycha Ci w gardle, więc bardzo dużo ludzi wychodzi z chrypą na koniec dnia. Te osoby są przesuszone, przegrzane, bo w biurze tylko wizualnie jest zimno i ludzie chcą nadgonić – to jest dysonans poznawczy. Na skórze czujesz ciepło, ale oczami odbierasz zimno. To jest trochę jak poruszanie się po mieście w słuchawkach – oczy widzą niebezpieczeństwo, a uszy go nie słyszą i mózg nie wie co ma zrobić, bo nie wie czy to film, czy to się naprawdę dzieje. I to się bardzo często dzieje w biurach. Jesteśmy w stanie nad tym zapanować. Są już firmy, które genialnie ogarniają projektowanie biur, nawet open spejsów, tak żeby były user friendly i to nie jest przykład Google, bo Google wypłyną na takich bardzo kolorowych biurach ze zjeżdżalniami i potem się okazało, że ci ludzie nienawidzą tych zjeżdżalni, bo po pierwsze nie mają kiedy z nich zjechać, a po drugie dziewczyny w spódnicach nie zjadą ze zjeżdżalni, po trzecie ilość bodźców jest taka, że jak wisisz całe dnie na telefonach i odbierasz pięćset maili, to tak jakby kolorystyka Google nie robi ci dobrze. My już wyciągnęliśmy te lekcje. Ludzie wolą mieć oranżerię w biurze, niż mieć zjeżdżalnię. Już mówi się o tym, że potrzebujemy stonowanej kolorystyki i raczej miejsca gdzie płynie woda, więc wprowadza się różne formy fontann, wody, cieków wodnych do przestrzeni biurowych i całych kompleksów biurowych, czyli już zaczynamy widzieć, że ten człowiek tam jest i ma swoje potrzeby. Jest co raz lepiej, ale oczywiście jak zawsze jest work to do. 

Karolina: To jest trochę jak postawienie sobie kawałka ciasta, którego nie masz kiedy zjeść lub nie powinnaś go jeść z jakiegoś powodu, ale ono tam cały dzień stoi z tą zjeżdżalnią. Zdziwiło mnie to  o tyle, że Szwajcaria jest całkiem postępowa zwłaszcza w kwestii designu i myślę, że tam się dzieją fajne rzeczy, właśnie w Zurychu. Zdziwiło mnie, że ta przestrzeń była tak słabo wykorzystana. Na przykład biurka w ogóle nie były przy oknach, co więcej, kiedy był słoneczny dzień od razu zasłaniało się żaluzje i ja myślałam sobie: co Wy robicie tym ludziom? Czy Wy chcecie ich tam zasmucić? 

Joanna: Ale wiesz, to wynika też z tego, że jeżeli siedzisz tyłem do okna i patrzysz w głąb pomieszczenia i masz za sobą okno, to nie widzisz nic na ekranie, więc automatycznie zasłaniasz, żeby widzieć to, nad czym pracujesz.

Karolina: A biurka pod oknami? 

Joanna: Tak, wtedy tak. Ale to znowu ktoś musiałby o tym pomyśleć. Jak wchodzisz do takiego biura, to wprawiony projektant to wyłapie i od razu zwróci uwagę, że ci ludzie przestawią biurko, ci się przesuną do okna, tu stanie szafa, bo będzie za głośno. To widać. Tylko bardzo często jest tak, że nawet zamawiając układy biur ludzie po prostu zamawiają rzut i wstawiają biurka, żeby zmieściło się jak najwięcej pracowników i nie zadają sobie pytania jak tym ludziom będzie się fizycznie pracować, bo to w dużym stopniu są dwudziesto-pierwszo wieczne fabryki. Niestety.

Karolina: Tych tematów jest jeszcze tyle w zanadrzu. Ale już zostając przy przestrzeni, powiedz mi czy jest nadzieja, że przyszłość budownictwa, chociaż budownictwa prywatnego, nie mówię o jakichś inwestycjach deweloperów i wielkich osiedli, bo tutaj nie mam aż takiej nadziei, że ta przyszłość jest zrównoważona, że będzie trend na samowystarczalne domy przyjazne środowisku, które same generują energię? To jest moje ogromne prywatne marzenie. Zastanawiałam się nad tym czy w Polsce byłabym w stanie w sensowny sposób taki dom stworzyć? Czy już mamy na to materiały i specjalistów?

Joanna: Materiały już są dostępne. Mamy wolny rynek europejski, więc jesteśmy w stanie ściągnąć wszystko. Jest wiele genialnych konceptów, które świetnie sprawdzają się w Polsce choćby fińskie domy drewniane, które bynajmniej nie są domem z bala okrągłego, tylko naprawdę potrafią być bardzo zjawiskowe.

Karolina: Skandynawia mogłaby nas wiele nauczyć pod tym względem. 

Joanna: Tak. I one są zrobione z pięknego ekologicznego drewna i buduje się je bardzo szybko. Mogą być tak zaprojektowane, że będą domami pasywnymi i absolutnie będą bardzo przyjazne naturze. Są też inne technologie, w tym technologie murowane, które pozwalają nam zrobić domy absolutnie przyjazne środowisku. Mamy co raz więcej dostępnych tynków, które są nietoksyczne i materiałów wykończeniowych. Jest co raz więcej biur architektonicznych, które specjalizują się w ekologicznej architekturze i ona wcale nie musi być, nie chcę użyć słowa przaśna, ale taka ulepiona. To co się nam do tej pory kojarzyło z domami ekologicznymi, to…

Karolina: Hobbit! 

Joanna: Hobbit i domy z gliny. A teraz nawet domy z gliny potrafią mieć bardzo proste, minimalistyczne formy. Absolutnie nadzieja w tym kontekście jest i co raz więcej ludzi ma takie potrzeby, więc jak pojawia się potrzeba, to i pojawia się oferta i w tym jest nadzieja. Jest też co raz więcej biur, które mają wszelkie rodzaje certyfikatów świadczących o tym, że spełniają normy świetlne, akustyczne i są przyjazne planecie, więc ta odpowiedzialność społeczna i środowiskowa rośnie. W tym całym zalewie betonu i pastelozy ta odpowiedzialność jest obecna. Nie liczyłabym na wielką rewolucję, tylko na powolną ewolucją, która już się dzieje i tych dobrych przykładów jest co raz więcej. Ja w całym moim światowym sceptycyzmie uważam, że tu już można wybierać i że takich przykładów mamy naprawdę co raz więcej. 

Karolina: To ja mogę zagaić, że w przyszłości bardzo bym jeszcze chciała porozmawiać z Tobą o kwestii bycia analogową astronautką, więc gdybyś miała ochotę jeszcze się ze mną spotkać.

Joanna: Polecam się bardzo serdecznie

Karolina: Zarzucę temat moim słuchaczom, że jeszcze jest wiele fajnych ścieżek, którymi możemy  iść. 

Joanna: To będzie piękna rozmowa kontynuująca. 

Karolina: Ja myślę, że tu możemy gładko przejść do tego jak człowiek odnajduje się w przestrzeni kosmicznej.

Joanna: Od tego zaczęły się moje badania, więc myślę, że absolutnie się polecam. Będzie odcinek numer dwa.

Karolina: Tak, zrobię właśnie to be continued…Powiedz Asiu na koniec, gdzie Ciebie można znaleźć? 

Joanna: Można mnie znaleźć w tak zwanych Internetach. Na instagramie prowadzę taki profil zawodowy @jojurga i tam się dzielę tym, co zrobiłam i tym co robię dość na bieżąco – przynajmniej się staram, bo mam trudność z pracą w social mediach i to jest moja nieustająca praca nad sobą, ale się staram i jest co raz lepiej. Mam też stronę joannajurga.com, gdzie jest większy przekrój tych dziwnych rzeczy, które robiłam. Raz w roku siadam i ją updatuje, więc jest w miarę na bieżąco. Zawzięłam się i piszę na stronie bloga od kilku miesięcy i tam jest sporo tekstów merytorycznych, więc jakby ktoś chciał poczytać o architekturze przestrzeni, to tam takie teksty znajdzie, więc zapraszam.

Karolina: Wszystko podlinkujemy, a Tobie bardzo dziękuję za wspaniałą rozmowę. 

Joanna: Dziękuję również, bardzo mi miło i do usłyszenia i do zobaczenia! 

Karolina: Do usłyszenia. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *