PODCAST #133 kobiety kobietom: o relacji ze sobą, selflove i byciu singielką z Justyną Świetlicką

W Dzień Kobiet zamiast skupiać się na adoracji ze strony mężczyzn, przyjrzyjmy się temu co my kobiety możemy robić dla siebie nawzajem, ale też dla siebie samych! Dzisiejsza rozmowa to odcinek specjalny, czyli ponadgodzinna refleksja z Justyną Świetlicką, która moim zdaniem wyszła na tyle ciekawie, że musiałam się nią z Wami podzielić.

Tematem przewodnim jest miłość do siebie oraz droga do akceptacji tego kim jesteśmy i jak wyglądamy. Porozmawiamy o tym jak polubić spędzać czas ze sobą, jakie są plusy bycia singielką oraz dlaczego sama nie oznacza samotna.

Justyny nie muszę Wam zaprawne przedstawiać. To dietetyczka i blogerka, autorka książki “Dieta to nie wszystko”, prowadząca podcastu o zdrowym stylu życia i samorozwoju. Napisała wiele ebooków kulinarnych i codziennie inspiruje kobiety do dbania o siebie.

Mam nadzieję, że ta rozmowa, choć powstała w duchu Walentynkowym, sprawdzi się jako czasoumilacz w Dzień Kobiet. Wszystkiego dobrego babki!

Strona Justyny:

https://owsiana.pl

Instagram Justyny:

https://instagram.com/owsianapl

Poprzednie wspólne odcinki:

#122 Odcinek Świąteczny

https://open.spotify.com/episode/5shkX4VHBijfR7hNljhn53?si=_sIjECl5R3-9evqEOkzQ2w

#91 Samoakceptacja i zdrowe nawyki

https://open.spotify.com/episode/1lSbCwlEUiPGRyM53ootoo?si=trLEYnsfS0SvfJu50L0mGA

#56 wywiad ze mną u Owsianej

https://open.spotify.com/episode/25CEbuRxrBJWzoKyi1ZDgG?si=1rw2mftnRIiv4Uk5L_KbWA

#45 Rzucenie etatu i bycie swoim szefem

https://open.spotify.com/episode/4Q15YYZgQoWfgcCDN9nX7v?si=wQ_QX1p7Rr2-saa7gojwQg

#3 modne diety i zdrowy styl życia

https://open.spotify.com/episode/3YNg3AJB6BcdiAKoam6Dyw?si=x6xpQ5baTtuhLfO9oai_6Q

Obserwuj podcast na Instagramie po więcej ciekawych treści:

http://instagram.com/karolinasobanskapodcast

Wesprzyj mój podcast – kup moje produkty elektroniczne:

Codziennik, czyli narzędzie do pracy nad sobą:

Codzienniki

holistyczne pozdrowienia, czyli mój ebook o zdrowym stylu życia:

http://karolinasobanska.com/holi

foodbook, czyli mój ebook z przepisami

http://karolinasobanska.com/foodbook

więcej produktów, w tym audiobook i pakiet ebooków:

sklep

Transkrypcja treści odcinka:

Karolina: Jest mi bardzo miło widzieć Cię i słyszeć. Co prawda, nie na żywo, bo na kamerce. Cieszy mnie nasza dzisiejsza rozmowa. Nasi słuchacze tego nie wiedzą, ale jesteś teraz na Wyspach Kanaryjskich. Myślę więc, że mogę w imieniu swoim i wszystkich tu obecnych powiedzieć, że bardzo Ci zazdrościmy. Przyznam szczerze, że aura „lutowa” byłaby znacznie bardziej przyjemna w innych okolicznościach przyrody, aniżeli w Polsce. Mam nadzieję, że nasza rozmowa umili wszystkim ten dość ponury czas. Rozmawiamy przy okazji Walentynek, które są dla jednych bardziej, dla drugich mniej istotnym świętem w ciągu roku. Nie będziemy dzisiaj jednak rozmawiać za bardzo o związkach, choć poniekąd o relacjach. Chciałabym zacząć od tego, że dosyć powszechnym sloganem stało się tzw. self love – miłość do siebie. Dużo mówi się o tym, że trzeba pokochać siebie, wstawać rano, patrzeć w lustro i mówić sobie same komplementy. Jest to bowiem droga do szczęścia i sekretny składnik dobrego życia. W teorii brzmi to fajnie i tak jak różne rozwiązania w XXI wieku sugeruje, że za pstryknięciem palca, można wprowadzić niesamowite zmiany do swojego życia. Wiem, że Ty wyznajesz nieco bardziej zrównoważoną filozofię życia i metodę małych kroków. Powiedz mi czym dla Ciebie jest self love i czy droga do dobrej relacji ze samą sobą (którą wiem prywatnie, że masz) przydarzyła Ci się superszybko – poznałaś trzy narzędzia i teraz jesteś swoją najlepszą przyjaciółką?

Justyna: Cieszę się, że mogę porozmawiać z Tobą na ten temat, bo jest on bliski mojemu sercu. Oczywiście, że nie jest to takie instant. Byłoby super, gdyby było, ale wydaje mi się, że większość dobrych i wartościowych rzeczy, o które warto zawalczyć i na które warto zapracować przychodzą z czasem, jeżeli mamy wystarczająco dużo cierpliwości i jeśli włożymy w nie wystarczająco dużo pracy i serca. Self love, to miłość do siebie, ale bardziej definiowałabym to jako szacunek do siebie. Jesteśmy osobami, które są bardzo tolerancyjne i obie uważamy, że każdy człowiek zasługuje na szacunek. Wiele osób też tak uważa, chociaż zdarzyły mi się wyjątki, czego nie rozumiem. Uważamy, że każdy człowiek zasługuje na szacunek niezależnie od wyznania, koloru skóry itd., a często zapominamy o tym szacunku wobec siebie. Zachowujemy się wobec siebie bardzo negatywnie. Negatywnie się do siebie odnosimy i nie potrafimy potraktować siebie jak i przyjaciela. Fajnie, że w okolicach Walentynek rozmawiamy o tak ważnej relacji, czyli relacji ze sobą. Uważam, że zbudowanie dobrej relacji z kimkolwiek – z przyjacielem, partnerem, sobą – to są lata. Chyba, że ktoś dostanie naprawdę bardzo fajną bazę od rodziców i nauczycieli, ale z doświadczenia wiem (z pracy z kobietami i od moich przyjaciółek), że rzadko tak bywa. Często mamy bardzo wiele negatywnych przekonań na swój temat, które skądś wynieśliśmy i które trzeba później przepracować. 

Karolina: Jak zmieniła się Twoja relacja z samą sobą na przestrzeni lat i kiedy dostrzegłaś, że może jest z nią coś nie tak, że warto podjąć jakieś działania? Co się wtedy zadziało? 

Justyna: To jest bardzo długo historia. Zaczęło się od tego, że stwierdziłam, że nie wyglądam tak jak rówieśniczki i dziewczyny na okładkach. Były to okolice gimnazjum i liceum, czyli czas, kiedy chcemy się podobać innym osobom. Wtedy bez refleksji nad tym, że może jestem okej i nie muszę nic zmieniać, zaczęłam dopasowywać się do kanonu. To oczywiście doprowadziło do odchudzania się, złej relacji z jedzeniem. Trwało to kilka lat i nie miałam wtedy refleksji, że już jestem wystarczająco dobra i już należy mi się szacunek. Patrzyłam wtedy w lustro, mówiąc: nie wyglądasz wystarczająco dobrze. Masz niewystarczająco płaski brzuch, Twoja twarz nie wygląda fajnie, dziewczyny są piękne, a Ty jesteś brzydka. Przez wiele lat powtarzałam to sobie i nie wiedziałam, że to nie jest dobra droga. Jeżeli mówimy takie rzeczy do siebie, to przekłada się to też na inne obszary życia. Jeżeli nie wierzymy w siebie pod względem fizycznym – myśląc, że nie jesteśmy wystarczająco dobre – to rzadko będziemy podejmowały też większe wyzwania. To chyba mój były facet uświadomił mi kiedyś, że moja relacja z jedzeniem nie jest okej i powinnam zrobić coś w tym kierunku. „Powinnaś zacząć jeść więcej i nad tym popracować” – mówił. Wiem, że jest to bardzo częsty przypadek u dziewczyn. Ja wtedy zaczęłam po prostu obserwować osoby, które są pewne siebie. Nie z zazdrością, tylko podziwem, że pomimo tego, że nie są idealne potrafią mówić do siebie dobrze. Skierowałam wtedy swoją uwagę na inne tory, bo przyszła do mnie taka refleksja, że chciałabym żyć w jakiś, określony sposób np. podróżować po świecie i mieć fajną pracę. Jednak, żeby mieć tę fajną pracę i podróżować, to trzeba robić coś w tym kierunku. Wcześniej skupiałam się tylko na zdrowym odżywianiu, treningach. Moje myśli były poświęcone w stu procentach wyglądowi. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, dlaczego w ogóle się na tym skupiam? To nie ma przecież żadnego znaczenia. Jasne, zdrowie jest bardzo ważne, ale nie na tyle, żeby poświęcać mu sto procent swoich myśli. Uważam, że są w życiu rzeczy, o wiele ważniejsze niż wygląd. 

Karolina: Myślę, że warto się na sekundę zatrzymać przy kwestii wyglądu i ciała. Sądzę, że teraz dotyka to też coraz częściej facetów, ale to my – kobiety, mamy najczęściej problem z akceptacją siebie, właśnie w kontekście ciała. Masz doświadczenie w pracy z kobietami i pomagasz im na różnych płaszczyznach. Finalnie sprowadza się to do tego, że wydaje się nam, że z lepszym ciałem czy ładniejszą twarzą będziemy szczęśliwsze. Czy chodzi o to, że wydaje się nam, że to jest recepta na szczęście?

Justyna: Tak. Chcemy być szczęśliwsi i próbujemy robić różne rzeczy. Faceci kupują jakieś gadżety, robią rzeczy, które mają komuś zaimponować albo budują fajne ciało, bo wydaje się im, że wtedy będzie fajniej. My próbujemy zrobić to przez wygląd. Przez kilka ostatnich lat, kiedy osiągałam różne cele, najpierw przekładałam je na wygląd, a później na cele zawodowe. Wydawało mi się, że będę mogła być szczęśliwa dopiero jak napiszę książkę, zrobię ebooka lub gdzieś wystąpię. Przychodzi ten moment, szczęście trwa trzy sekundy i znowu jesteśmy w tym samym miejscu, z tą samą głową. Dopóki nie zrozumiemy tego, że warto cieszyć się procesem, warto robić fajne rzeczy dla samego robienia, to wydaje mi się, że nic się nie zmieni. Dopiero jak zaczęłam czytać trochę więcej filozoficznych i psychologicznych książek, to zrozumiałam, że nam zawsze będzie mało i zawsze będziemy szukać dziury w całym. Niezależnie od tego w jak dobrej sytuacji jesteśmy, zawsze znajdziemy sobie jakiś problem i warto sobie to uświadomić. Usłyszałam ostatnio fajną rzecz w jakimś audiobooku: zawsze będziemy mieć problemy, ale warto wybierać takie, które lubimy rozwiązywać. Bardzo mi się to spodobało. Jestem ciekawa, jak to było u Ciebie z tą samoakceptacją i pewnością siebie? Wiem, że mamy zupełnie inną historię. Ty miałaś trochę lepsze przekonania na temat siebie. O nich też chciałabym pogadać, bo mają one dużo wspólnego z tym, co o sobie myślimy.

Karolina: Miło, że o to pytasz. Rzeczywiście mój przypadek jest trochę inny niż ten bardziej powszechny w społeczeństwie. Dla mnie ciekawym doświadczeniem jest to, że mogę rozmawiać z różnymi kobietami i dostrzegam poniekąd przywilej jaki miałam przez to, co dostałam od rodziców. Jednocześnie, niezależnie od tego jak świetna z boku wydawałaby się ta moja baza, zawsze znajdzie się jakaś sfera w naszym życiu, w której nie czujemy się pewni siebie, w której czujemy się gorsi i niewystarczający. Dzieliłam się tym u Ciebie w podcaście w zeszłym roku. Odsyłam naszych słuchaczy do wszystkich naszych rozmów, bo myślę, że udało się nam powiedzieć parę ciekawych rzeczy na przestrzeni tych lat, kiedy rozmawiamy i to udostępniamy. Wychowałam się w domu, gdzie zawsze miałam poczucie sprawczości. Byłam przekonana, że cokolwiek sobie nie wymyślę, to może mi się to udać, jeżeli włożę w to wystarczająco dużo pracy. Rodzice podkreślali to, że jestem zdolna, piękna, mądra. Oczywiście nie w takim rozumieniu, że jestem najcudowniejsza na świecie i wszyscy są gorsi. To dało mi poczucie, że mogę zrealizować każde swoje marzenie i absolutnie nie odstaję od innych. Jestem za to maksymalnie wdzięczna. Tylko przez to, swoje przeróżne kompleksy byłam w stanie odkryć bardzo późno. Większość dziewczyn i facetów w wieku gimnazjalno-licealnym odkrywa, że nie czują się pewni w towarzystwie i porównują się do innych osób. Ja czułam się wtedy spoko – przynajmniej tak mi się wydawało. Dopiero kiedy zaczęłam pogłębiać swoją wiedzę z zakresu psychologii i przyglądać się sobie, to dostrzegłam te rejony, w których siebie nie lubiłam. Jest to dla mnie nadal bardzo osobista sprawa. Nigdy nie czułam się wystarczająco dobra jako człowiek. Miałam wrażenie, że nie zachowuję się tak, jakbym była dobrym człowiekiem. Ktoś mógłby powiedzieć: daj spokój, co to jest za problem. Fajnie, że mogłaś osiągać cele zawodowe, czułaś się piękna, miałaś znajomych itd. Natomiast dla mnie była to tak samo silna rana i coś, co ciągnęło się za mną przez lata. Nie rozumiałam tego. Te kompleksy są w nas od dziecka, tylko są ukryte. Wydaje mi się, że im wcześniej wyjdą na powierzchnię, im wcześniej je dostrzeżemy i im wcześniej się nimi zaopiekujmy, tym lepiej. Sprowadza się to do tego, że cierpi nasze wewnętrzne dziecko, które nie dostało wystarczająco dużo potwierdzenia, że jest ładne, miłe, zdolne, mądre. Nie dostało pozwolenia, żeby popełniać błędy, wyglądać czasem gorzej, potknąć się, żeby zapytać, bo czegoś nie wie. To jest odpowiedzialność świadomych ludzi – kobiet i mężczyzn, żeby pomóc temu dziecku w sobie, poprzez robienie przeróżnych rzeczy, tak po prostu dla siebie, po tzw. „po nic”. Bardzo lubię to stwierdzenie. Jest to coś, z czym obie mamy problem w naszej gonitwie produktywności, ale jest to naprawdę bardzo ważne. Ciekawi mnie po jakie narzędzie sięgałaś Ty. Co pomogło Tobie na tej drodze najbardziej? Czy to były jakieś książki, konkretne osoby, które obserwowałaś, czy też ludzie w Twoim otoczeniu? Co najbardziej Cię wsparło i spowodowało, że relacja z samą sobą ewoluowała u Ciebie na plus?

Justyna: Wydaje mi się, że byli to twórcy internetowi, którzy byli w miejscu, w którym ja chciałam się znaleźć. Często nie wierzymy, że możemy coś zrobić, ale jeżeli jakiś człowiek to osiągnął tzn., że jest to jest możliwe. Nie osiągniemy może tego na taką samą skalę, ale możemy zrobić to podobnie. Bardzo marzyłam o tym, żeby zostać blogerką. Kiedyś myślałam, że chciałabym dostawać paczki, więc zaczęłam pisać bloga, z myślą, że może kiedyś mi się to uda. Zamiast się zastanawiać, zaczęłam zdobywać wiedzę. Przeczytałam kilka książek, o tym jak tworzyć wartościowe treści i zaczęłam to robić. Potem zaczęłam dostawać sygnały, że ktoś to czyta, ktoś odezwał się z jakąś współpracą. Uświadomiłam sobie, że jeśli czegoś próbuję, to rzeczywiście może mi się to udać. Robiłam to przez kilka lat. Potem moja wizja się zupełnie zmieniła. Dwie osoby, które miały na mnie największy wpływ to Ola Budzyńska, która jest właścicielką marki Pani Swojego Czasu oraz Michał Szafrański, który jest autorem bloga Jak Oszczędzać Pieniądze. Nie uczyłam się u nich bezpośrednio o pewności siebie, ale właśnie o tej sprawczości, o której powiedziałaś. Ciebie rodzice przekonali, że jeżeli sobie coś wymyślisz, to możesz to zrobić. Ja nie wyniosłam takiego przekonania z domu, więc musiałam zbudować je później. Wiem, że jest to możliwe, tylko trzeba realizować rzeczy, brać się za wyzwania, które są dla nas ważne i czekać na feedback. Te dwie osoby pokazały mi, że możesz prowadzić naprawdę fajny biznes, który wnosi do życia jakąś wartość. Nie musisz wcale sprzedawać jakiegoś badziewia i wciskać ludziom kitu. Z jeden strony możesz pomagać, a z drugiej zarabiać w ten sposób na życie. Obserwowałam ich i zastanawiałam się co zrobili, żeby znaleźć się w miejscu, w którym są. Oczywiście daleko mi jeszcze do takiego miejsca, ale uwierzyłam, że mogę się tam znaleźć. Potrzebuję tylko czasu, pracy i wiary w to, że się uda. Dużo mojej pewności siebie zbudowałam dzięki sferze zawodowej. Wkładałam w to pracę i dostawałam feedback, że jestem sprawcza i jeżeli wkładam w coś pracę, to mi się to udaje. Przenosiłam to potem na inne obszary mojego życia. Skoro tutaj mi się udaje, to chyba znaczy, że jestem coś warta i jestem w stanie coś zmienić. Tak jak powiedziałaś wcześniej – nie w każdym obszarze będziemy pewni siebie. Warto jednak tę pewność siebie przenosić na inne obszary. Moja zawodowa pewność siebie przeniosła się później na pewność siebie związaną z moim wyglądem. Pomyślałam sobie, że skoro mogę żyć tak jak chcę, to chyba mogę też wyglądać tak jak chcę. Nic nikomu do tego. Jak ja się dobrze ze sobą czuję, to co komu do tego jaki mam kolor włosów i w co się ubieram. Może Ty powiesz, jak odkryłaś swoje kompleksy i jak z nimi pracowałaś? Wiele osób poleca teraz wybrać się na psychoterapię i znaleźć pomoc specjalisty. Jednak ani Ty, ani ja nie korzystałyśmy z pomocy specjalisty i wiele rzeczy staramy się rozwiązać na własną rękę. Wydaje mi się, że wychodzi nam to całkiem dobrze. Jak Ty sobie z tym radziłaś i dalej radzisz?

Karolina: Chciałam powiedzieć, że kiedy czujemy, że nasza relacja ze sobą nie jest taka jaką chcielibyśmy mieć, dobrym rozwiązaniem jest szukanie pomocy u specjalisty. Sądzę, że jest to świetne rozwiązanie dla większości osób – niezależnie od tego jak oceniają swoje problemy, czy są one poważne czy nie. Uważam, że wszystkie problemy są równie ważne. Pokusiłabym się o takie stwierdzenie, że zarówno Ty jak i ja jesteśmy osobami bardzo zaangażowanymi i działającymi. Może dlatego, udaje się nam dojść do pewnych wniosków na własną rękę. Miałyśmy chęci, przestrzeń i czas na to, żeby włożyć w to pracę. Warto podkreślić, że droga do samoakceptacji i poczucia, że jesteśmy fajni jest bardzo ciężką pracą. Czasami dobrze jest zasięgnąć pomocy specjalisty. Nie uważam, żeby to było ani lepsze, ani gorsze. Jednak na pewno robienie czegoś w pojedynkę wymaga dużej ilości samodyscypliny i dodatkowej wrażliwości emocjonalnej, która sprawi, że będziemy w stanie obserwować swoje stany. Nie będę opisywać całego procesu, ale chętnie odeślę wszystkich zainteresowanych do platformy, która nazywa się TO BE MAGNETIC. Jest to forma subskrypcji i warsztatów online, które pomagają pracować ze sobą. Zajmują się między innymi odkryciem tego, czego potrzebuje nasze wewnętrzne dziecko, odkryciem własnego cienia, czyli tych stron swojej osobowości, które wypieramy, o których wolimy nie myśleć, które schowaliśmy gdzieś do szafy i staramy się zakleić różnego rodzaju maskami. Jest to narzędzie, które opiera się na technikach psychologiczno-psychoterapeutycznych. Bardzo mi ono pomogło. Muszę powiedzieć, że dla mnie niesamowitym wsparciem (jestem pewna, że powiesz to samo) było też prowadzenie swojego podcastu. Umożliwiło mi to kontakt z tak niesamowitymi, mądrymi ludźmi – z przeróżnych dziedzin. Jestem bardzo wdzięczna za te relacje. Abstrahując od relacji półzawodowych i poznawania nowych osób, uważam, że na moją transformację wpływ mieli ludzi, którymi się otaczałam. Jest to wątek, który bardzo chciałam z Tobą poruszyć. To, w jaki sposób wraz z naszym samorozwojem, samoakceptacją, sympatią do siebie i szacunkiem, zmieniają się relacje w naszym życiu. Jestem ciekawa, czy wraz ze wzrostem swojej samoakceptacji, zaobserwowałaś zmiany w tym jak obcujesz z innymi ludźmi i kim oni są?

Justyna: Zgadzam się z Tobą, że poznawanie nowych osób dzięki podcastowi, też bardzo mnie podbudowało. Pomyślałam sobie, że skoro osoba, która była dla mnie autorytetem, chce poświęcić mi półtorej godziny swojego życia na rozmowę, to muszę chyba być coś warta. Czasami to jest aż śmieszne, że myślimy o sobie tak źle. Osoby, którymi się otaczamy są bardzo istotne. Myślę, że gdybyśmy nie miały dobrych ludzi wokół siebie, byłoby nam o wiele trudniej przejść tę transformację, o której mówimy. Poradziłyśmy sobie w tym momencie bez terapii, bo mamy wspierające osoby, wokół siebie. Mam wiele przyjaciółek, które są ze mną od lat niezależnie od tego co się dzieje. Warunek jest jednak taki, że zostałyśmy razem ze sobą i się przyjaźnimy, dlatego że wszystkie się rozwijamy. Żadna z nas nie została w tyle. Każda z nas robi zupełnie inne rzeczy, czym innym się zajmuje, ale każda z nas dojrzała emocjonalnie. Jeżeli mamy jakikolwiek problem, to jesteśmy dla siebie super wsparciem, chociaż krąży taki mit, że kobieta kobiecie może wyrządzić największą przykrość. Nigdy mi się nie przytrafiło, żeby kobieta wyrządziła mi przykrość, może dlatego, że mam naprawdę dobre przyjaciółki. Podcast pozwolił mi poznawać fajne osoby z którymi się zaprzyjaźniłam. Ważne, żeby docierać do osób, które są do nas podobne i uważają, że same są wartościowe. Jeżeli sami się szanujemy, mamy dobrą relację ze sobą i jesteśmy dojrzali emocjonalnie, to możemy tworzyć lepsze relacje z innymi. Przykładem może być relacja z Tobą. Poznałyśmy się dzięki podcastowi. To jest niesamowite, że można poznawać takie osoby. Jest to coś, na co zwróciła mi uwagę, nasza wspólna koleżanka Kamila, która spędziła z nami trochę czasu na Teneryfie. Byłyśmy tam wtedy w szóstkę. Każda z nas robiła coś fajnego, każda z nas jest dojrzała emocjonalnie i dosyć pewna siebie. Jesteśmy dla siebie dużym wsparciem i cokolwiek nie wymyślimy, zawsze powiemy sobie: super, fajny pomysł, próbuj itd. Kamila pracuje w szpitalu i tam nie zawsze jest dobra atmosfera wsparcia. Często ludzie mówią tam sobie niemiłe rzeczy, robią przytyki itd. Kamila po tygodniu spędzonym z nami wróciła do tego negatywnego środowiska i powiedziała, że było jej bardzo ciężko. Wśród nas mogła powiedzieć wszystko co myśli i wiedziała, że nie zostanie oceniona. Tam musi uważać na słowa, bo może zostać źle odebrana. Wtedy znów wracają myśli, co sobie ktoś pomyśli. Znalezienie sobie sprzyjającego środowiska jest trudne. Czasami nie mamy dostępu do takich osób. Na początkowym etapie mamy natomiast podcasty, YT, filmy, internet. Możemy więc otaczać się osobami stamtąd. Ja na początku nie znałam Ciebie, ale miałam dostęp do internetu, więc słuchałam treści różnych osób i z nimi spędzałam czas. Ja też miałam taką przyjaźń, którą zakończyłam, ponieważ moje osiągnięcia były ciągle deprecjonowane. Pomimo tego, że była to przyjaźń wieloletnia, to w momencie, kiedy ja się rozwinęłam, ta przyjaźń musiała się skończyć, bo tamta osoba została w tym samym miejscu i żeby podbudować siebie, ciągle mówiła mi jakieś niemiłe rzeczy. Tylko i wyłącznie po to, żeby poczuć się lepiej. Uważam więc, że środowisko i nasi znajomi mają ogromny wpływ na to, jak czujemy się sami ze sobą.

Karolina: Zgadzam się w stu procentach, że to my wybieramy treści którymi się otaczamy i to już jest wielka moc. Nie każdy ma możliwość zrobienia wielkiej rewolucji w swoim życiu i nie każdy może chcieć to zrobić na jakimś tam etapie lub kiedykolwiek. Wychodzenie z relacji jest trudne i nie jest przymusowe, to indywidualna decyzja. Ja wiele lat temu zaczęłam słuchać podcastów. Słuchałam ich namiętnie dzień w dzień przez lata. Myślę, że dzięki temu, że cały czas miałam dostęp do rozmów największych ekspertów z przeróżnych dziedzin i na arcyciekawe tematy, to cały czas się rozwijałam. Choć nie wkładałam aktywnej pracy w analizę swojego życia i rozpisywania tego, to już to zasiewało we mnie jakieś ziarenko. Myślę, że każdy ma taki krok na start. Natomiast jeśli chodzi o relacje w naszym życiu to myślę, że można utrzymywać bliskie relacje przez wiele lat, ale rozwój po obu stronach jest wymagany. Kiedy się poznałyśmy byłyśmy bardzo różne. Nadal wydaje mi się, że różnimy się pod wieloma względami i docierają do nas zupełnie inne rzeczy, przekonują nas innego rodzaju treści. Potrafimy jednak spotkać się gdzieś w połowie, bo każda z nas przerobiła bardzo dużo w sobie i dba o siebie na swój własny sposób. Warto podkreślić, że to jest okej pożegnać się z jakąś relacją, która nam nie służy i jest to wręcz normalne. Każdy z nas się rozwija, może nie w tę stronę, w którą byśmy sobie życzyli, ale każdy gdzieś dryfuje. Czasami w zupełnie przeciwnym kierunku i warto to zaakceptować. Stwierdzenie, które jest mi bardzo bliskie to to, że ludzie mogą spotkać Cię tylko w miejscu, do którego sami dotarli w sobie. Jeżeli przeżyliśmy jakąś niesamowitą przemianę, mamy w sobie dużo wrażliwości i mówimy o tym osobie, dla której są to abstrakcyjne zjawiska, to nie możemy oczekiwać, że ona nas wspierająco przytuli i powie: ale Ty jesteś super. Ta osoba prawdopodobnie może nas wtedy ocenić, odrzucić i nie potraktować w miły sposób. Nie jest to wina tej osoby. Ona sama nie pozwoliła sobie jeszcze na to, żeby przeżyć te emocje. Dobrym przykładem będą dwie przyjaciółki, które są dorosłe, dojrzałe, mają dzieci i jedna z nich postanawia odejść od męża. Dajmy na to, że obie są nieszczęśliwe. Jedna z nich stwierdza, że próbowali wszystkiego i czas rozstać się ze swoim mężem. Może wtedy zostać niezrozumiana przez tę drugą kobietę, ponieważ to rzuca cień na jej związek. Ona myśli: skoro moja przyjaciółka odchodzi od męża, bo jest nieszczęśliwa, to czy ja też nie powinnam się zastanowić nad swoim związkiem? To jest ta trudniejsza droga. Droga samokrytyki, analizy, refleksji, potencjalnej zmiany. Lepiej powiedzieć: jak możesz to robić, zrujnujesz życie dzieciom, jesteś egoistyczna. Wtedy dajemy sobie usprawiedliwienie na to, że nie wprowadzamy zmian w swoim życiu. Myślę więc, że wraz ze wzrostem naszej samooceny i akceptacji, w naszym życiu zaczynają pojawiać się osoby, które mogą wnosić do niego coraz więcej. Nie chciałabym patrzeć na relacje jako na transakcje, ale to jest coś automatycznego. Czasami wyrastamy z pewnych relacji po to, żeby poznać ludzi, którzy wprowadzą do naszego życia zupełnie nową jakość. Powiedziałaś o Kamili, która dużo pracuje nam swoim zdrowiem psychicznym. Trafia do naszego grona – czuje się super, wysłuchana, wolna i zaopiekowana. Widzi kontrast. Zrobiła duży krok, więc jej relacje też wskoczyły na wyższy poziom. 

Justyna: Zgadzam się. Zaznaczyłabym tutaj jedną ważną rzecz, w kontekście dwóch przyjaciółek, które nie do końca mogą się zrozumieć. Musimy pamiętać, że jedyne na co mamy wpływ, to nasze interpretacje. Nie mamy wpływu na to, jak ktoś nas odbierze. Jeżeli ktoś zareaguje w ten sposób i powie nam: hej, jesteś egoistką itd., to od nas zależy, czy przyjmiemy narrację tej osoby i czy my będziemy przystawać przy naszych przekonaniach. Istotne jest zauważenie tego. Możemy się w ogóle nam tym nie zastanawiać i nie mieć świadomości, że mamy wpływ na nasze myśli, ale zauważenie tych mechanizmów jest bardzo istotne. Coś co mi pozwoliło zauważać te myśli i być bardziej uważną, to praktyka medytacji. Robię to dla siebie każdego dnia od niespełna roku i zauważam ogromną różnicę, kiedy czuję jakieś negatywne emocje albo ktoś powie mi coś niemiłego. Wtedy włączam uważność, którą trenuję od roku i zadaję sobie pytanie, czy ja rzeczywiście jestem złym człowiekiem czy to jest czyjaś interpretacja? Czy chcę się dalej z tym źle czuć? Jeżeli chcę, to chwilę mogę poczuć się gorzej. Nie wiem, czy zgadzasz się z tym, że praktyka uważności i medytacja jest w tej kwestii istotna?

Karolina: Zgadzam się i myślę, że automatyczną reakcją, kiedy ktoś nas zdenerwuje jest odbicie piłeczki i obarczenie tej osoby winą za to, jak się czujemy. To bardzo częste zjawisko. Ostatnio słuchałam Marty Niedźwieckiej (której treści bardzo wszystkim polecam) Powiedziała, że jeżeli po rozmowie z kimś (np. partnerem) czuję się zraniona, to wcale nie znaczy, że ta osoba miała intencję sprawienia mi przykrości. Myślę, że to jest właśnie to, o czym mówisz. Warto zwrócić uwagę na to, żeby nie winić innego człowieka za to jak my się czujemy, bo jest to wynikiem naszej interpretacji, tego co się wydarzyło. Dostrzeżenie tego jest już pierwszym krokiem i na pewno uważność tutaj pomaga. Ja też podpisuję się całą sobą pod praktyką medytacji w moim życiu. Narzędziem, z którego możemy skorzystać od razu jest książka: Stoicyzm na każdy dzień roku. 366 medytacji na temat mądrości, wytrwałości i sztuki życia. Nie wiem, czy ją czytałaś, ale wiem, że temat filozofii stoickiej jest Ci bliski. Występuje w niej powtarzający się wątek tego, że jedyną władzę mamy nad naszym umysłem i tym jak interpretujemy rzeczywistość. Myślę, że w relacjach jest to naprawdę kluczowe, bo z reguły są one trudne. Dla mnie bardzo ważne w procesie poznania i akceptacji siebie było też spędzanie czasu samej. Mi i Tobie wydaje się to być dosyć normlane, ale myślę, że dla wielu osób jest to bardzo rzadki stan. Zawsze ktoś jest wokół. Najpierw są nasi rodzice, potem współlokatorzy czy też chłopak, dziewczyna. Potem już nigdy nie jesteśmy sami, dopiero na starsze lata. Ty lubisz spędzać czas ze sobą, czy zawsze tak było? Czy może im bardziej lubiłaś siebie, tym chętniej to robiłaś?

Justyna: Próbuję sobie teraz wygrzebać z pamięci, jak to wyglądało jakieś pięć, sześć lat temu. Najpierw mieszkałam z rodzicami, później na studiach mieszkałam z przyjaciółką i przyjacielem – spędzaliśmy masę czasu razem. Przez pięć lat studiów mieszkałam z jakimiś przyjaciółmi i prawie nigdy nie byłam sama. Im bardziej się rozwijałam, im więcej czytałam i im więcej czasu chciałam poświęcać dla siebie i na swój samorozwój, tym bardziej zaczęłam zauważać, że potrzebuję przestrzeni dla siebie. W momencie, kiedy siedzimy cały czas w salonie i sobie wspólnie gadamy, to nie ma czasu na książkę, bo ciągle ktoś gada i nas rozprasza. To zbiegło się też z tym, że utworzyłam własną firmę, pracowałam z domu, potrzebowałam przestrzeni dla siebie. Wtedy podjęłam decyzję, że to dobry czas, żeby zamieszkać samej, miałam wtedy chyba 24 lata. Jest mi o wiele łatwiej, dlatego że wydaje mi się, że jestem introwertykiem. Jestem też osobą wysoko wrażliwą, w związku z tym potrzebuję czasu dla siebie. Jak mam zbyt często dużo osób wokół siebie, to naprawdę mnie to męczy i czuję się źle. Jak zamieszkałam sama to naprawdę odżyłam, bo mogłam poświęcić czas na swój rozwój, czytanie, słuchanie podcastów. Przez to, kiedy spotykałam się z bliskimi, mogłam spędzić naprawdę wartościowy czas z tymi osobami i poświęcić im sto procent uwagi. Nie było to już bezsensowne siedzenie obok siebie i gapienie się w smartphona, tylko rozmowy, spacery – czas, kiedy można się czegoś nauczyć. Miałam więc fajny czas ze sobą albo fajny czas z innymi. Uwielbiam czas spędzony ze sobą i nie wyobrażam sobie życia, kiedy nie mam czasu dla siebie. Teraz na Fuerteventurze jestem zupełnie sama. Nie mam tutaj żadnych znajomych. Od tygodnia siedzę w domku na pustkowiu i jestem szczęśliwa, że nie ma nikogo wokół. Z drugiej strony mam cały czas kontakt z ludźmi. Nie wiem jakby to wyglądało, gdybym z nikim nie rozmawiała. Codziennie rozmawiam z dwoma, trzema, pięcioma osobami. Jestem też cały czas aktywna w internecie, więc mam czas dla siebie, kiedy z nikim nie rozmawiam i nie mam żadnej video rozmowy. Relacje, które mam na odległość i to, że mogę się z kimś połączyć i go widzieć sprawiają, że w ogóle nie czuję się samotna. Czas spędzany ze sobą jest bardzo wartościowy. Wydaje mi się, że wiele osób ma przekonanie, że jeśli siedzimy sami, to nikt nas nie lubi i nikt nie chce spędzać z nami czasu. Jaki Ty masz do tego stosunek? 

Karolina: To ostatnie zdanie, które powiedziałaś jest mocne, ale myślę, że prawdziwe. Wolimy spędzać jałowy czas z innymi, byle tylko nie wychodzić na frajera, który siedzi sam. To zjawisko społeczne, którego ja już teraz nie rozumiem, choć wydaje mi się, że też byłam kiedyś ofiarą takiego myślenia. Przychodzi piątek i trzeba iść na imprezę, bo przecież młodzi ludzie tak się bawią. Nie będę siedzieć jak przegrany w domu. Teraz cieszę się, że czasami jestem tą przegraną. Aczkolwiek ciężko w dobie pandemii nie być przegranym w kwestii imprez. Jeśli chodzi o bycie samotnikiem, to fajnie można pokazać nas znów na zasadzie kontrastu. Ja jestem ekstrawertyczna, zawsze byłam otoczona ludźmi – może nie tłumami, ale zawsze byli oni obecni w moim życiu. Moment, w którym pierwszy raz zostałam sama był dla mnie bardzo ciężki. Ty zdecydowałaś, że chcesz zamieszkać sama i bardzo to polubiłaś. Wiem, że miałaś dużo znajomych, którzy Cię odwiedzali, więc ten moment przejścia, był bardzo dojrzały, delikatny i przyjacielski. Ja jako osoba bardzo związana z moją rodziną, wyjechałam na studia za granicę i po kilku miesiącach spotkały mnie dwie rzeczy. Było to rozstanie w mojej prywatnej relacji i zamieszkanie samej jednocześnie. Do tej pory był to najbardziej mroczny moment w moim życiu. Czasami się śmiejmy i pytamy, kiedy byłeś w swoim życiu na tzw. rock-bottom, czyli leżałeś na podłodze płacząc. Wtedy to byłam ja. To było straszne. Trwało to kilka dni. Po prostu wegetowałam. To był po prostu koszmar. Natomiast ten moment był początkiem dużej transformacji w moim życiu. Uważam, że nie da się zbudować lepszej racji ze sobą i zaakceptować siebie bez poświęcenia sobie czasu w ciszy i spokoju. Musimy siebie poobserwować, musimy zobaczyć, jak reagujemy. Musimy tez poniekąd siebie zdefiniować, nie przez pryzmat naszych znajomych, choć oczywiście oni też wpływają na to kim jesteśmy, ale kim ja jestem, kiedy jestem sama. Trzeba posiedzieć ze sobą i poznać siebie trochę lepiej. Zaznaczam, że jeżeli jest to wciąż przed wami, drodzy słuchacze, to może być to trudne. Lubię czas ze sobą. Teraz z uwagi na moją pracę spędzam go sama, jednak mam cały czas kontakt z ludźmi i bardzo go potrzebuję. Mi wystarczy jeden wieczór samej i już jest okej. Mój samotny self-care jest odhaczony. Jeżeli otaczam się odpowiednimi ludźmi, to czuję przy nich, że żyję. Tak jak Ty ładujesz się sama, tak ja ładuję się z odpowiednimi ludźmi. To też jest ważne. Wracając do samotności, to bywa ona ciężka, ale jest bardzo ważna. Jest takie powiedzenie: sama nie znaczy samotna. To może dotyczyć piątkowego wieczoru, ale może też odnosić się do relacji. Powiedz mi czy jako osoba, która nie jest w związku (o czym mówisz otwarcie) nazwałabyś siebie osobą samotną? Czy są to dla Ciebie dwie różne rzeczy?

Justyna: Zdecydowanie wolę podkreślić, że są to dwie różne rzeczy. Nie mogę jednak, nie odnieść się do jeszcze jednego wątku, który poruszyłaś wcześniej. Jest to coś, co pokazał mi Krzysztof Gonciarz. Pandemia jest niewątpliwie trudna dla wielu osób, wiem jednak z wiadomości prywatnych od dziewczyn, że dała im ona w końcu czas dla siebie. Zwolniły, zaczęły słuchać podcasty, zaczęły dbać o siebie. Dla mnie z jednej strony było to coś wspaniałego, bo zauważyłam w końcu, że mamy FOMO (Fear of Missing Out) – boimy się, że coś przegapimy. Ja w piątki miałam tak samo. Chciałam sobie posiedzieć w domu, poczytać książkę, wypić herbatę, ale moje przyjaciółki mówiły: chodź, idziemy na miasto, może kogoś poderwiemy. Wszystkie byłyśmy wtedy singielkami – w sumie nadal jesteśmy. Ja uważałam, że powinnam, że tak trzeba. Chodziłam więc na te imprezy i potem żałowałam. Później w następnym tygodniu robiłam jednak to samo, tylko i wyłącznie dlatego, że reszta wychodziła. Z jednej strony chciałam się trochę dopasować, a z drugiej czułam, że coś przegapiam. Wtedy, kiedy wybuchła pandemia i wszyscy siedzieli w domu, pomyślałam, że to fantastycznie. W ogóle nie tęsknię za tymi wyjściami. Gonciarz powiedział, że jest to święto introwertyków. Możemy siedzieć w domu i nie czujemy, że coś nas omija. Warto więc zastanowić się, czy robimy rzeczy, bo chcemy je robić, czy dlatego, że społeczeństwo tego od nas wymaga. W sumie to dobre przejście do tego czy warto być z kimś, czy warto być samemu. Dla mnie to jest tak oczywiste, że ja nie muszę mieć partnera, żeby być szczęśliwą. Byłam w jednym dłuższym, czteroletnim związku. Było to w liceum i początku studiów. Teraz od pięciu lat, nie byłam w związku i jest mi z tym fantastycznie. Bardzo chętnie poznałabym fajnego, wartościowego partnera, bo uważam, że związek może być wspaniały. Trzeba jednak pamiętać o tym, że zarówno bycie samemu i bycie w związku ma swoje plusy i minusy. Nie łudźmy się, że jeżeli znajdziemy sobie partnera, to on rozwiąże wszystkie nasze problemy, bo problemy będą zawsze. 

Karolina: Wręcz przeciwnie. [śmiech]

Justyna: Pytanie, które problemy chcemy rozwiązywać. Czy chcemy rozwiazywań problemy związane z byciem samą i niezależną, czy problemy związane z byciem w związku. To jest kluczowe pytanie. 

Karolina: Jakie plusy bycia singielką widzisz i co w tym lubisz?

Justyna: Przede wszystkim mogę wyprowadzić się na Wyspy Kanaryjskie i nie muszę pytać nikogo o zgodę. Nie muszę się zastanawiać czy mój partner ma urlop. Wiele lat pracowałam na to, żeby mieć taki styl życia – zarabiać wystarczająco dużo, żeby pozwolić sobie na życie na Wyspach Kanaryjskich, gdzieś za granicą albo po prostu podróżować. Mam znajomą, która jest w bardzo podobnej sytuacji, tylko ma męża. Bardzo chciałaby zamieszkać w jakimś ciepłym kraju, ale jej mąż pracuje w Polsce i nie może sobie na to samo pozwolić. Może wyjeżdżać na urlop i zabierać go ze sobą, ale niestety nie może się przeprowadzić. Wybrała to, że jest w związku i tyle. Akceptuje to i to też jest okej. Dla mnie dużym plusem jest też to, że jestem bardzo niezależna i sama podejmuje decyzje. Nie wiem, jakie są jeszcze plusy…

Karolina: To, że się z nikim nie kłócisz. [śmiech] 

Justyna: No właśnie. Nie pamiętam już, jak to jest być w związku i jak dużo jest w nim kłótni. Teraz jestem osobą dojrzalszą i nie wiem jak taki związek by wyglądał. Widzę jednak, że przez to, że jestem niezależna, mogę podejmować swoje decyzje i mogę poświęcać dużo czasu na swój rozwój. Jeśli byłabym z kimś, to pewnie spędzałabym wieczory z tą osobą. Wspólne rozmowy też mogłyby rozwijać. Moglibyśmy razem czytać książki, oglądać filmy i słuchać podcastów, ale w tym momencie mogę robić cokolwiek mi się podoba i nie muszę z nikim tego uzgadniać. Nie muszę iść na żadne kompromisy. A jakie Ty dostrzegasz plusy i minusy bycia samemu albo samej?

Karolina: À propos kłócenia się, to jakiś czas temu przyjechałam do domu rodzinnego i miałam mikro sprzeczkę z moją mamą, jakąś wymianę zdań. Dla niej taka dynamika jest normalna, bo mieszka z moim bratem i to jest dla niej standard. Ja mam tylko siebie i z nikim się nie kłócę. Jak przyjeżdżam do domu, to przeżywam jakiś szok, bo nagle nie mam tego świętego spokoju. Nie jestem singielką, która codziennie wstaje i myśli o tym, kiedy przejdzie rycerz na białym koniu. Jestem osobą, która ma z tylu głowy, że fajnie byłoby kogoś poznać, ale moje życia jest nadal spoko i myślę, że jest to kluczowe do szczęśliwego życia. 

Justyna: I kluczowe do szczęśliwego życia z ewentualnym partnerem. Dzięki temu, że jestem szczęśliwa sama ze sobą, nie jest dla mnie ważne czy mam partnera. Moje życie i tak jest wartościowe. Może z nim byłoby jeszcze bardziej wartościowe, ale teraz jest super.

Karolina: Tak. Myślę, że to jest klucz. Zwłaszcza, że jest to bardzo trudne. Są pewne oczekiwania (nie tylko w polskim społeczeństwie) szczególnie względem kobiet. Facet, który jest kawalerem jest totalnie akceptowany, bo prawdopodobnie podbija świat, rozwija się zawodowo i zbiera doświadczenie. Może mieć jakieś kobiety niezobowiązująco po drodze i też jest super. Natomiast kobieta, w pewnym momencie bez relacji zaczyna być odbierana jako jakaś wybrakowana. Taka, z którą coś jest nie tak. Kiedy przez wiele lat byłam sama, to dostawałam pytania nawet od rówieśników: dlaczego Ty nie możesz sobie nikogo znaleźć? Nie chciałabyś być w związku? 

Justyna: Co jest z Tobą nie tak, Karolina?

Karolina: Myślę sobie wtedy, o co chodzi? Dlaczego w ten sposób postrzegamy kobietę, która nie ma przy sobie faceta. Jest to uwarunkowane społecznie i historycznie. Musiałam włożyć dużo pracy w to, żeby przekonać siebie, że moja egzystencja w pojedynkę ma jednak sens. Największą różnicą i największym komfortem w byciu szczęśliwą singielką, jest ta niesamowita autonomia. Możliwość doświadczania rzeczy bez żadnych zobowiązań i bez nikogo, kto by nas ograniczał. Myślę, że w każdym wieku jest to doświadczenie, które może wzbogacić nasze życie. Głęboko wierzę, że człowiek nie jest wyspą i docelowo nie jesteśmy stworzeni do tego, żeby przez całe życie być samymi. Potrzebujemy bliskości i potwierdzają to różnego rodzaju badania psychologiczne. Natomiast czas spędzony nie będąc w relacji, może być wspaniałym sposobem na samopoznanie, samoakceptację i ulepszenie swojej relacji ze sobą. Zbyt często identyfikujemy się z naszym związkiem. Pewnie też miałaś znajomych, którzy przez lata byli w relacji i stracili poczucie tego kim są. Znasz historię, że para się rozchodzi i nagle dziewczyna czy chłopak nie wiedzą co lubią. Co ja mam robić? Przecież ja wszystko robię z tą osobą. Jesteśmy MY, a kim jestem JA w społeczeństwie bez drugiej „połowy”?

Justyna: Zgadzam się z Tobą, że życie samemu byłoby bardzo trudne i smutne, ale dzięki temu, że nie mam partnera, mam czas dla moich przyjaciół. Mogę zadzwonić do wszystkich w jednym tygodniu, mogę spędzić z nimi dużo czasu online. Jeżeli jestem w Polsce, to naprawdę spędzamy ze sobą dużo czasu. Gdybym miała partnera, nie mogłabym aż tak dbać, o bliskie mi relacje. Wiadomo, to jest znowu wybór. Gdyby nie przyjaciele, to na pewno czułabym się samotna. Dzięki osobom, które martwią się o mnie, które codziennie dzwonią, piszą, dla których jestem ważna, nie czuję się samotna i nie potrzebuję mieć kogoś, kto mi to potwierdzi. To nie musi być facet, to mogą być moje przyjaciółki.

Karolina: To jest chyba kluczowe i bardzo ważne. Potrzeba bliskości nie musi być zawsze utożsamiana z romantycznym związkiem. To mogą być przyjaźnie lub dalsza rodzina. Dają nam one poczucie, że jesteśmy wartościowi i kochani. Oczywiście relacja romantyczna może do nas przyjść lub nie, ale na pewno poczujemy się samotni, jeżeli nie będziemy mieć przyjaźni. Człowiek sam dla siebie żyć nie powinien. Po pierwsze jesteśmy zwierzętami stadnymi, po drugie potrzeba bycia częścią społeczności i czegoś ważniejszego, jest w nas zakorzeniona. Zbyt często zakładamy, że to związek romantyczny nas zbawi. Jeszcze raz powtórzę. Związek nie rozwiązuje problemów, on nam ich dokłada. To nie znaczy, że jest beznadziejny, jest ekstra. Tylko wcale nie będzie nam lżej jak kogoś poznamy. Będzie nam trudniej. Trzeba będzie brać pod uwagę dwie osoby, dwie perspektywy. Problemy i interesy, jednej i drugiej strony. Im lepiej poradzimy sobie z naszymi problemami i rozterkami sami, tym lżej będzie nam potem w relacji. Nie będziemy wchodzić z nią z frazesowym bagażem emocjonalnym. Naprawdę warto poukładać sobie pewne rzeczy w głowie, po to, żeby potem żyło się nam lepiej z innymi ludźmi. 

Justyna: Nie jestem ekspertką od związków. Są to rzeczy, które gdzieś obejrzałam lub przeczytałam w różnych książkach. Wydaje mi się, że czas, kiedy jesteśmy singielkami możemy pójść dwiema drogami. Możemy codziennie pamiętać o tym, że cały czas jestem sama i myśleć o tym, że chcę znaleźć partnera. Z jednej strony możemy skupiać się na tym, że nadal kogoś nie mamy, a z drugiej na tym, żeby spędzać wartościowy czas ze sobą i zadawać sobie kluczowe pytania, o których powiedziałaś. Często nie mamy tego czasu ze sobą, bo boimy się spędzać go samotnie, bez towarzystwa. Jeżeli nie spędzamy czasu solo, to nie możemy zadać sobie tych ważnych pytań. Zadawanie sobie ważnych pytań pt. jakie są moje wartości, co jest dla mnie w życiu ważne, gdzie chcę się znaleźć, co chcę wnieść do świata, jakiego partnera chciałbym mieć. Jeżeli nie zadamy sobie tych pytań, to nie będziemy znać odpowiedzi i będziemy ślepo zmierzać przez życie. Ty stworzyłaś wspaniały produkt, który pomaga w takim zgłębianiu siebie. Stworzyłaś Codziennik, który sprawia, że znajdujesz czas dla siebie, codziennie siadasz na chwilę i zadajesz sobie jedno pytanie, które zmusza Cię do myślenia i przewartościowania pewnych rzeczy. Ja od zawsze zadawałam sobie i ludziom wokół dużo pytań, dlatego doszłam do tego wcześniej. Wiem, że niektóre osoby potrzebują więcej czasu i to też jest okej, bo każdy z nas jest inny. Wydaje mi się, że zadawanie sobie pytań o nasze wartości jest kluczowe. Chciałabym też polecić jedną książkę. Jest to pozycja, która zupełnie nie jest o pewności siebie, ale bardzo zmieniła moją perspektywę na życie i postrzeganie siebie. Jest to książka: Czego najbardziej żałują umierający. Tę książkę napisała pielęgniarka – osoba, która zajmowała się umierającymi osobami. Rozmawiała z nimi i pytała ich, czego w życiu żałują i co zrobiliby inaczej, gdyby mogli jeszcze żyć. Ja przez całą tę książkę płakałam, bo nie mogłam uwierzyć, że te osoby żałowały, że nie pozwalały sobie na bycie szczęśliwymi i spełniały oczekiwania innych osób. Kiedy osoby w wieku 80 lat wiedziały, że odchodzą już z tego świata, orientowały się, że za dużo pracowały, nie poświęcały sobie zbyt wiele czasu. Pomyślałam wtedy, że nie chcę tak pomyśleć, kiedy będę umierała. Pytanie, które często sobie zadaję brzmi: czy jeżeli umrę, to będą zadowolona z życia, które miałam? Perspektywa łoża śmierci jest dla mnie bardzo istotna. W momencie, kiedy chcę podjąć jakieś nowe wyzwanie i boję się to zrobić, myślę, czy za jakiś czas będzie to miało jakieś znaczenie i czy w momencie śmierci chciałabym mieć to zrobione. Wtedy o wiele łatwiej jest podejmować mi decyzje, które później totalnie odmieniają moje życie. Wielka dygresja, ale bardzo polecam tę książkę.

Karolina: Piękna degresja. To co powiedziałaś na końcu sprawiło, że miałam ciarki. Myślę, że gdyby wszyscy zadawali sobie takie pytanie, to nasze życia byłyby znacznie bardziej przewrotne i dynamiczne. Tego wszystkim życzę. À propos zadawania pytań, ciekawą perspektywą jest to, że droga budowania relacji ze sobą, miłości do siebie i samoakceptacji się nie kończy. To nie jest tak, że usiadła sobie Justyna z Karoliną i mówią jak to fajnie było dojść do momentu, w którym wszystko jest git. Jest to nieustanny proces i te pytania będziemy sobie zadawać prawdopodobnie przez całe życie. Dla mnie jest to super perspektywa, bo uważam, że uczy to pokory i uspokaja mnie jako osobę, która lubi osiągać rzeczy. Ty masz pewnie tak samo. To nie jest tak, że przez tydzień się naczytam, napiszę i już będę szczęśliwa do końca życia. Presja byłaby tak silna, że byśmy to zrobiły i umarły po tym tygodniu. Dlatego ważne jest to, żeby wracać do tych pytań, raz na jakiś czas je odnowić i zastanowić się jakie są nasze wartości, cele i co by nas teraz uszczęśliwiło. Albo co nam nie służy w rzeczach, które robimy na co dzień. Są to rzeczy, których możemy się o sobie dowiedzieć dopiero wtedy, kiedy poświęcimy sobie czas. Patrzenie na życie jako na odkrywanie siebie poprzez to jak zmienia się świat, w którym żyjemy i my w tym świecie, jest fascynującym procesem. Chciałabym wrócić na koniec do bardziej pragmatycznych rytuałów dbania o siebie, czyli rzeczy, które robimy dla siebie po prostu. Ważną kwestią jest to, dlaczego o siebie dbamy. Często jest tak, że kobieta dba o siebie, bo chce wyglądać atrakcyjnie, ale zazwyczaj robi to dlatego, żeby spodobać się innym, często też innym kobietom – co jest ciekawe. Kluczem jest to, żeby robić te wszystkie rzeczy i dbać o siebie tylko i wyłącznie dla siebie. Po prostu. Nawet wtedy, kiedy jesteś zamknięta w domu na Fuerteventurze, gdzie nie widzi Cię nikt i nie nagrywamy tego z obrazem, Ty jesteś umalowana, uczesana, czysta, masz posprzątane w pokoju, a przecież nikt nie patrzy. Czemu o siebie dbasz, skoro jesteś tylko sama Ty?

Justyna: Dzisiaj ten makijaż zrobiłam specjalnie dla Ciebie. [śmiech] Dbam o siebie, żeby dobrze się czuć. Jedną z moich kluczowych wartości jest autonomia i bycie niezależną osobą. Dalej mam na równi zdrowie. Wiem, że jeżeli jestem zdrowa, to mogę zrobić wszystko co sobie wymyślę. Okej, może nie wszystko, ale dużo rzeczy. Chcę dbać o aktywność fizyczną i moją dietę, żeby być zdrową osobą i móc się dalej rozwijać. Chcę znajdować czas na te wszystkie rzeczy, nie po to, żeby ktoś wiedział, że to robię, tylko po to, żeby czuć się dobrze ze sobą. Oczywistością jest dla mnie to, że poświęcam czas na gotowanie, robienie zakupów. Nie idę na łatwiznę i nie kupuję gotowych rzeczy. Jestem też dietetyczką, więc w sumie wypadałoby jeść zdrowo. Robię to, bo jestem dla siebie ważna i nie wyobrażam sobie nie poświęcać tego czasu dla siebie.

Karolina: Czyli jest to bezpośrednia konsekwencja tego, że masz dobrą relację ze sobą? Osoba, która lubi siebie, dba o siebie, bo siebie lubi. Proste.

Justyna: Jeśli mamy przyjaciela, przyjaciółkę, partnera, to myślimy sobie: upiekłabym ciasto mojemu facetowi, bo tak go kocham, że chcę zrobić dla niego coś miłego. A dlaczego nie robimy tego sobie? Dlaczego nie pomyślimy, że uwielbiam siebie i zrobię dla siebie coś miłego, np. zabiorę się na spacer, ugotuję sobie coś dobrego? Jestem ogromną fanką rutyny i nawyków dlatego, że często jesteśmy leniwi i się nam nie chce. Ja chcę o siebie dbać i wiem, że te obszary życia są dla mnie ważne. Ułożyłam je więc w rutynę. Codziennie, kiedy wstaję, robię 30 minut jogi, potem medytuję i uczę się hiszpańskiego (to coś co mnie rozwija i sprawia mi satysfakcję). Później mogę zabrać się do pracy. Siadam do pracy tylko wtedy, kiedy poświęcę sobie tę godzinę, w sumie półtorej. Zawsze mam taką zasadę, że muszę się ubrać. Jak było ciepło to ubierałam się w sukienkę, czesałam się, nie chodziłam w tłustych włosach. Chcę się czuć dobrze dla siebie, ale nie wymaga to nakładania makijażu. Można chodzić bez makijażu i to też jest okej. Wieczorem ograniczam media społecznościowe, odkładam telefon, znajduję czas na książkę i przede wszystkim się wysypiam. Wysypianie się jest kluczowe do naszego zdrowia. Osiem godzin snu to dla mnie podstawa. Muszę się wyspać. Wiem, jak działa mój mózg następnego dnia, kiedy tego nie zrobię. Robię sobie szybko analizę plusów i minusów. Jeśli ktoś miałby do zaoferowania jakąś wartościową imprezę, to bym pewnie poszła. Nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Można czasem zarwać noc, żeby porobić jakieś fajne rzeczy. Ale w większości przypadków odłożę serial po to, żeby się wyspać. A co Ty robisz dla siebie i dlaczego?

Karolina: Myślę, że dobrze podkreśliłam, że bezpośrednim rezultatem dobrej relacji ze sobą jest to, że o siebie dbamy i chcemy to robić. Robię to więc z sympatii do siebie. Uważam, że jestem super i nie boję się o tym mówić. Oczywiście miewam gorsze momenty, ale wtedy staram się dbać o siebie jeszcze bardziej, bo traktuję siebie jak kumpla, któremu chciałabym jakoś pomoc, gdyby było mu smutno. Zastanawiam się wtedy po jakie rzeczy sięgnąć, żeby polepszyć sobie ten nastrój i stan. Absolutnie stawiam pieczątkę pod tym co powiedziałaś, nie chcę się powtarzać. Wszystkie rzeczy, o których wspomniałaś robię codziennie i są dla mnie ważne. Na czele ze snem, któremu chciałabym wystawić pomnik bycia najważniejszą rzeczą w dbaniu o zdrowie psychiczne i fizyczne. Nic tego nie przebije. Pamiętajmy o tym wszyscy. Od siebie dołożę w takim razie coś troszkę innego, mianowicie życzliwe mówienie i myślenie o sobie. Jest to coś, z czym mam duży problem i na co staram się zwracać szczególną uwagę. Szczególnie w tym roku, staram się dostrzegać co myślę o sobie. Kiedy mi coś upadnie mówię: ale jestem debilem. Zapomniałam czegoś i mówię: ale jestem głupia. To niby nic nie znaczy, bo mówię to z uśmiechem i zupełnie nie czuję wobec siebie wściekłości. Nie mówimy sobie: dobra robota, nic się nie stało albo jesteś fajna. Nasz umysł myśli, że jesteśmy głupimi debilkami. Żadna z nas nie chciałaby o sobie tak myśleć, więc dobrym rytuałem będzie nieco większa życzliwość wobec siebie. Rzeczą, którą chciałabym dorzucić jest pisanie. Sama jest współtwórczynią Codziennika i głęboko wierzę w praktykę wdzięczności tzw. journaling – zapisywanie swoich myśli. Codziennie rano zapisuje sobie trzy rzeczy, za które jestem wdzięczą i trzy rzeczy które sprawią, że nadchodzący dzień będzie miły. Natomiast wieczorem zapisuję sobie trzy super rzeczy, które wydarzyły się danego dnia. Staram się też dostrzegać to, co nowe w moim życiu, czyli zapisuje sobie czego się nauczyłam. Może to być jakiś fakt o świecie albo refleksja, którą miałam o sobie. Robię to od czasów studiów i stało się to moją rutyną. Nie wyobrażam sobie bez tego mojej codzienności. Wiele badań pokazuje, że praktyka wdzięczności, obserwacji naszej codzienności i uważności wiele nam daje. Przez to inaczej patrzę na swój dzień. Kiedy ktoś mówi mi coś ciekawego to myślę: o, to jest nowa informacja na dziś. Przeżywamy wtedy życie w nieco bardziej świadomy sposób. O moich rytuałach mogłabym mówić godzinami, myślę jednak, że nasza rozmowa jest już wystarczająco długa i obfita w przeróżne refleksje, mam nadzieję interesujące dla naszych słuchaczy. Gdybyś mogła na koniec powiedzieć naszym słuchaczom o jednej rzeczy, którą mogliby wprowadzić do swojej codzienności już dzisiaj, to co by to było?

Justyna: Myślę, że obserwowanie swoich myśli. Jeśli skierujecie swoją uwagę na to, że chcecie obserwować swoje myśli, to jeżeli przydarzy się Wam jakaś przykra sytuacja, to zastanowicie się czy możecie wyciągnąć z niej coś dobrego. Przykładem takiej sytuacji jak pandemia, z której można wyciągnąć dobre rzeczy. Można siedzieć, rozpaczać i zastanawiać się, kiedy to się skończy. Minęło już trochę czasu – zaraz będzie rok, a my dalej jesteśmy w tym samym miejscu. Pytanie, czy będziemy korzystać z rzeczy, które się nam przydarzają, będziemy wyciągać lekcje z porażek i zauważać dobre rzeczy. Nie będziemy potrafimy cieszyć się z sukcesów, jeżeli nie zauważymy tych myśli. Zauważanie myśli i zastanawianie się nad interpretacją rzeczywistości – to jest to.

Karolina: Obserwujmy siebie, wysypiajmy się i kochajmy. Niech to będzie nasza klamra kompozycyjna. Justyna, bardzo Ci dziękuję, że poświęciłaś nam czas. To była wspaniała rozmowa. Podzieliłaś się wieloma ciekawymi przemyśleniami. Wierzę, że zostaną one z naszymi słuchaczami (ze mną na pewno) na dłużej. Życzę Ci wszystkiego dobrego. Dużo miłości i spokoju. Do zobaczenia mam nadzieję niedługo.

Justyna: Dziękuję Karolina. Rozmowa z Tobą, to zawsze czysta przyjemność.

Karolina: Polecam się na przyszłość. Do usłyszenia.

Justyna: Do usłyszenia, cześć!  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *